Mirosław Orzechowski - galeria teatralna

Grzegorz Ciumrakiewicz

SPOD LATARNI

tragedia rozłożona na trzy spotkania

OSOBY DRAMATU:

ON oraz ONA


OPIS DEKORACJI:

Rzecz dzieje się w późnych latach siedemdziesiątych, co winno dać się poznać po strojach bohaterów. Miasto, które dwadzieścia lat później będzie aż nieznośne od nadmiaru turystów dzisiaj jeszcze jest szare i nijakie, po godzinie dwudziestej niemal puste. Ulice są słabo oświetlone, więc też jasna latarnia przy cichej uliczce nie jest czymś tak całkiem zwyczajnym. A tu i latarnia i jeszcze na dodatek ławeczka obok niej stoi. Gdzieś obok, jednak nie całkiem blisko, hotel. Może to obrazować jakiś neon, najlepiej mrugający, bowiem nie były to czasy do końca sprzyjające sprawnym urządzeniom. Jednak we wszystkim, nawet w zieleni trawnika, winna dominować szarość. Ach, byłbym zapomniał. W pewnej odległości musi być widoczna budka oszklona z dwoma milicjantami w środku. No i to by chyba było wszystko.


UWAGA:

W tej sztuce jest sporo anachronizmów, ale radziłbym się tym faktem nie przejmować. Kto za dziesięć lat będzie pamiętał, jak było rzeczywiście. Prawda ma wiele wymiarów, z których jedne są ważniejsze, drugie mniej ważne.


SPOTKANIE PIERWSZE


Na ławce siedzi jeszcze względnie młody mężczyzna, nie starszy niż lat czterdzieści. Czyta gazetę, ale nie jest to zwyczajny dziennik, o nie. To nie jest człowiek aż tak przyziemny, żeby się interesował wiadomościami codziennymi. To musi być coś wznioślejszego, Jakaś "Polityka", jakaś "Kultura", może "Forum". Podchodzi do niego kobieta. Jedna z tych, które rozkoszami fizycznymi kupczą. Nie najwykwintniejsza, ale też nie należy do owych, które wszędzie rozkładają swój towar i za każdą cenę. Ubrana w czerwony, połyskliwy płaszczyk z tego, co dziś się elegancko nazywa skórą ekologiczną, ściągnięty mocno paskiem. Sukienka krótka, tak zresztą, jak i wspomniany płaszczyk. Buty wysokie, o lakierowanych cholewkach, czarne, na podeszwie grubej i nieco przyciężkiej. W ręce trzyma siatkę plastikową. Przechodzi wzdłuż ławki, zatrzymuje się, wraca.
ONA: Nieźle jest dzisiaj, co? - Pauza. A to dlatego, że on w żaden sposób nie reaguje. - Znaczy, pogoda. - Pauza - Może już nie będzie lało. Bo ostatnie strasznie dawało... - Pauza - Z hotelu?
ON: - Odrywa się na moment od gazety. Patrzy na nią. - Słucham? Pani mówi do mnie? - Dopiero teraz reszta jej słów do niego dociera. - Nie. Nie z hotelu.
ONA: Ale na pewno nie stąd? Ja umiem poznać, kto stąd, a kto nie.
ON: Nie. Nie przyjezdny - odpowiada, czym ją ośmiela, co ona podchwytuje chętnie.
ONA: Co taki nieśmiały? Rzuć, kochany, tę gazetę, tam nic ciekawego nie piszą. Ja ci proponuję co innego, jakiś mały wieczorny numerek. Nie masz ochoty?
ON (zwleka przez chwilę z odpowiedzią): O ile pamiętam, nie zostaliśmy sobie przedstawieni i nie przechodziliśmy na "ty". Poza tym nie, nie mam na nic ochoty. Wolę jednak poczytać gazetę.
ONA: Jak chcesz. Ale tutaj przychodzą tacy, którzy mają ochotę.
ON (śmiejąc się): Nie zauważyłem tabliczki: "bez ochoty siadanie wzbronione".
Chce tylko pokazać jej swoją przewagę, intelektualną przewagę, wszak jest czytelnikiem nie byle jakich gazet.
ONA: O, jaki dowcipny, ale ja nie mam czasu na twoje dowcipy. Znajdź sobie może inną ławkę.
ON dla zabawy jedynie kontynuuje dialog: Wydawało mi się, że park jest miejscem publicznym. Na moich drzwiach wiszą godziny przyjęć. Jest tu coś takiego? Nie ma. Stąd wnoszę, że nie jest to czyjś prywatny gabinet.
ONA na to głos podnosi: Na moich drzwiach też jest: "nie wchodzić", ale ich ze sobą nie wzięłam, bo za ciężkie.
ON (przez chwilę nawet się śmieje): Pani też na brak dowcipu nie może narzekać.
Taki drobiazg, a potrafi zbliżyć. On może być obojętny na nią, jako kobietę, ale nie na nią jako twórcę śmiesznej sytuacji. Ona widzi, że cegła z muru wypada, więc próbuje dalej.
ONA: No dobra, razem jesteśmy dowcipni. To jak będzie? Nie chciałbyś zobaczyć, ile jesteś wart jako mężczyzna?
ON: Jako mężczyzna? Sądzisz, że muszę się sprawdzać? Ja chyba jednak mam świadomość, ile jestem wart.
ONA: No, ile?
ON: W każdym razie nie muszę się wstydzić. (To ma być wyraźna deklaracja.)
ONA: Skąd możesz wiedzieć, że ci z żoną wychodzi? A co tam ci z nią może wychodzić. Żony i w kuchni, i w łóżku to amatorki.
ON: A ty jesteś zawodowcem? Nie wiem jak w kuchni, ale pewnie w łóżku. I co nowego ty możesz komuś dać? Wybacz, Słonko, ale unikam tego typu kontaktów. Jest w nich coś obrzydliwego. Nawet w miłości fizycznej powinna być odrobina szczerości.
ONA: Na widok takich zarozumialców też mnie brzydzi. Siedź i grzeb w kieszeni. Prawdziwy mężczyzna, kurwa. Jak ty jesteś prawdziwy mężczyzna, to ja jestem dziewica.
Ona śmieje się w sposób wulgarnie nieelegancki, na czym cierpi jego męski honor, ale on zimnej krwi nie traci. Odpowiada spokojnie.
ON: No więc wszystko sobie już wytłumaczyliśmy, chciałbym się zająć gazetą.
ONA: A ja bym chciała znaleźć jakiegoś faceta, co nie zostawia jaj w domu. Tam dalej jest masa ławek, na których możesz posiedzieć.
Teraz już wiadomo, że ani słowa więcej nie przeczyta, więc mógłby wstać i opuścić pole, ale przyznałby się przez to do porażki, i kto by go zwyciężył!? Najzwyczajniejsza dziwka. Więc będzie siedział, nie ruszy się. Wda się nawet z nią w rozmowę, byle tylko jej udowodnić, że z nim nie wygra.
ON: To miejsce mi najzupełniej odpowiada. Mam tu jasno. Latarnia mi przyświeca.
Żadne już teraz nie będzie chciało zrezygnować. Kiedy raz wytworzy się między ludźmi wspólnota w czynieniu sobie na złość, trudno ją rozmontować. Dlaczego więc tak łatwo upadają wspólnoty oparte na pozytywnych uczuciach?
ONA: Ja też mam tu jasno.
Podchodzi do latarni i pozę przyjmuje roboczą.
ON: Ja stąd nikogo nie wyrzucam. Proszę bardzo. Jest jeszcze trochę miejsca.
ONA: Żal mi cię, bo bym zawołała kilku chłopaków, to by z tobą pogadali. Pewnie jesteś doktorem, to byś się potem sam poskładał. To jak? Mam zawołać chłopaków?
Tamten śmiechem wybucha umiarkowanym, bo kulturalnym.
ON: Na szczęście chłopaków z tamtej budki nie trzeba wołać. Pewnie też tu siedzą dlatego, że mają jasno.
ONA: No dobra, tylko tak mówiłam. Nie wkurzaj się od razu. Skoczmy do hotelu. Pokażę ci kilka numerków, których na pewno nie zna twoja żona. Mogę ci dać zniżkę, bo mi się podobasz.
ka zgody. Musi być elastyczna w zachowaniu jak każdy dobry kupiec. Ale on nie jest wdzięcznym nabywcą.
ON: To dobre, macie też jakieś abonamenty, bilety tygodniowe i tym podobne?
Nie liczy na jej ripostę. Ale ona podchwytuje dowcip.
ONA: Wiesz, to nawet dobry pomysł, ale dziewczyny chyba na to nie pójdą. A ty byś chciał abonament?
On stara się jednak zahamować jej marsz ku jego przychylności.
ON: Już mówiłem, że mnie nie interesują tego typu kontakty. Seks powinien mieć też coś wspólnego z miłością.
ONA: Co ty głupi czy jaki? Seks to seks, a miłość to miłość. Jak je mieszasz, to możesz w coś wdepnąć. Ja przynajmniej nie będę za tobą biegała, że mnie puściłeś, do żony ci nie będę wydzwaniała.
ON: Po prostu weźmiesz odpowiedni ekwiwalent w twardej walucie.
ONA: Nie musi być twarda. A już mówiłam, że dam ci zniżkę. Ja w ogóle za łóżko nie biorę, ale za to, co potem na mnie mówią. Dla facetów to jestem tylko kurwa, jak tamte spod dworca.
To jednak miłe, mieć jeszcze kogoś za sobą. Jeżeli jesteś w stanie komuś dokopać, to twoje życie nie jest jeszcze do końca stracone.
ON: A gdybym tak na ciebie nie mówił.
Nie żeby wyrażał jakąś chęć, ale na próbę dopuszcza taką możliwość. W ten sposób można się bawić rzeczywistością. Odsuwasz się od niej i zadajesz jej co raz to nowe warunki. Musi, że jest intelektualistą
ONA: Też bym wzięła, bo ci nie wierzę.
ON: Mówiłem już, że masz niezły dowcip. Mimo wszystko szkoda, że jesteś...
ONA: Kurwą? Widzisz, już chciałeś powiedzieć.
ON: Chodziło mi tylko o twój zawód. Zresztą, czy to można nazwać zawodem?
Kolejny raz się w to bawi, bo przecież wie, że można, ale jak ona na to zareaguje?
ONA: Nie, no, chciałam być inżynierem, ale jak mi powiedzieli, że oni też pracują na noc, to wolę tutaj. - lody ruszyły, więc nie od rzeczy będzie powrócić do tematu. - No to jak będzie?
ON (wzdychając): Tak samo by należało unikać kobiet płatnych jak i kochających. Wszystkie na coś polują.
ONA: No i czego jeszcze unikasz? Złodziei, kanciarzy, niepiśmiennych? Kogo jeszcze? A ja, widzisz, nikogo. Dla mnie może być każdy, jak tylko ma czym zapłacić. Bo jak się trafi jakiś inny, to od razu się mądrzy albo jeszcze płacze. - Znowu ich rozmowa się urywa, więc pauza. Ale ona z dużym profesjonalizmem podtrzymuje ją, wznawia. - Nie wyobrażasz sobie, jacy faceci potrafią być żałosni i to nie tamci kanciarze, ale ci porządni, na posadach i z bachorami w domu. Są i tacy, co się tutaj rozpływają, a jak tylko znikną za rogiem, to mają teksty: "Kurwa, alem ją wypierdolił!" A ja mówię: "Kurwa, aleś zabulił!"
ON: No i oboje macie rację. Może słowa są nieeleganckie, ale trafnie opisują całą transakcję. Ale czy któreś z was jest do końca zadowolone? Na przykład ty, czy ty jesteś zadowolona?
Teraz już dał się wciągnąć w ten układ, a kiedy ktoś do nas mówi, to istnieje poważne niebezpieczeństwo, że stanie się człowiekiem.
ONA: To nie jest najgorsze życie. Robisz, co chcesz. Tu możesz mieć wszystko: wódkę, trawkę, prochy, pokera. Wiesz, ile tu można w jedną noc przerąbać?
ON: Prochy też?
To go rzeczywiście zainteresowało.
ONA: Pewnie, że nie jak na Zachodzie i musisz nieźle posmarować, ale wszystko dostaniesz. Jak masz forsę, to wszystko jest. - Zamyśla się, głową kiwa. - Może i ja kiedyś spróbuję. Niektóre biorą, ale to drogie jak cholera. O, widzisz, tamta, Diana. Ona bierze...
ON: Diana?
ONA: Tak, ale to nie jest jej prawdziwe.
ON: Ty też masz jakoś tak na imię?
Pyta tylko dlatego, że spodziewa się równie kuriozalnego imienia i nie myli się tak bardzo.
ONA: Co to za różnica? Mówią do mnie Żaneta. To takie pseudo. Wiesz, wszystkie tu mają jakieś pseuda. Na przykład Diana. Niby, że księżniczka, rozumiesz, ale jak trzeba, to i w bramie da. Ona się w ogóle nie szanuje.
ON: No, wiesz. Księżna też się zajmuje dobroczynnością. Może tylko rozdaje trochę inne dobra.
ONA: Jakie?
ON: Nie wiem, nigdy nic od niej nie dostałem. Ale ta twoja Diana pewnie nie za darmo daje i nie głodującym Afrykanom.
Ona oburza się.
ONA: Nie, wiesz ja bym też nie poszła z czarnym. Bo na przykład takiemu Krzywemu to wszystko jedno z kim. Poluje na babcie. Wiesz, taki ogier, który potrafi z każdą, choćby była tak paskudna, jak kwit na węgiel. Krzywy to też pseudo, bo ma podobno krzywego. Takiego na bok, rozumiesz. Od czego to może się tak robić? A ty...
ON: Czy mam krzywego? Zadajesz chyba zbyt osobiste pytania.
A ona z nim jak ze starym znajomym.
ONA: Nie no, chciałam spytać, co myślisz... skąd się to takie może wziąć.
ON: Nie wiem. Ja jestem specjalistą w zupełnie innych dziedzinach. Jedyne krzywizny, jakie kiedykolwiek badałem, to wykresy funkcji.
ONA: No i co? Leczysz je?
Ona się ośmiesza. Ale miast dystansu, budzi to w nim pewną czułość, jakby była dzieckiem. Jeżeli się z nią zacznie bawić, to tak jak z dzieckiem bawić się można. I tłumaczy jej odpowiednim protekcjonalnym tonem.
ON: Nie, one są nie do wyleczenia. Jak funkcja jest krzywa, to już nic nie pomoże.
ONA: I on próbował, ale też mu nic nie pomogło. - Potem już tak sentencjonalnie: - Zresztą, kształt się nie liczy. - I milknie, ale widać, że poruszony problem nadal ją nurtuje. - Ty, a może on spał na jednym boku. Mogłoby się od tego zrobić?
ON: Nie wiem. Mógł też... bo ja wiem?
ONA: Trzepać kapucyna w kaptur? No pewnie, że mógł. Na pewno trzepał, bo ma włosy między palcami.
A jemu jakiś gorąc przez plecy płynie. Dłoń swą ukradkiem ogląda. Temat chce zmienić, jeśli już w ogóle mają rozmawiać.
ON: No dobra, Żaneta to twój pseudonim, ale jak masz rzeczywiście na imię?
ONA: Nie podoba ci się Żaneta?
ON: Nie, no całkiem w porządku, ale tak tylko z ciekawości pytam.
To było całkiem nieszczere, ale ona nie zwraca uwagi na tę nieszczerość.
ONA: Mariola, ale właściwie Anka. Ale tutaj ani jedno, ani drugie nie pasuje. Jakieś takie do niczego. Anka to po mojej mamie, a Mariola, to skrót od Maria i Jola, po babkach.
ON: Mariola czyli Anna, a właściwie Żaneta. Niezłe. Ale co ty chcesz od Anny. To bardzo dobre imię.
ONA: Podoba ci się? Mnie jakoś nigdy nie leżało. Zawsze chciałam, żeby mnie nazywali inaczej. W domu mówili na mnie zawsze Mariola. Chyba lepiej, nie? A ty jak masz?
ON: Przemilczmy to może. Gdybyś miała takie imię jak moje, to byś na pewno wolała tę swoją Ankę.
Nie wiadomo, wykręca się od odpowiedzi, czy też nowym żartem ją zażyje.
ONA przymila się do niego i nie jest to nieprzyjemne: Co ci zależy? Pewnie jakoś śmiesznie.
ON: Dość śmiesznie... - Wstrzymuje na chwilę oddech. - Eustachy.
ONA w śmiech uderza, aż jej się trudno opanować: O, w mordę... A jak to się mówi? Że co? Że Stasiek?
ON: Nie wiem. Wszyscy do mnie mówią Piotr.
ONA: Eustachy czyli Piotr, to też niezłe.
ON: Niezłe.
I oto cisza zalega, jak to pomiędzy dwoma różnymi światami. My też nasłuchujemy, czy z kosmosu nikt się do nas nie odzywa, a tam podobnie nic nie słychać. Albo o nas nie wiedzą, albo nie są zainteresowani bliższym kontaktem. Ona pierwsza przerywa tę ciszę.
ONA: No nic, to ja się zwijam. My tu gadu, gadu, a coś robić trzeba. Nie myśl sobie, że mam do ciebie jakieś pretensje. Fajnie było. Możesz tu siedzieć, nie zależy mi. Jakoś sobie dam radę.
I powoli odchodzi. Na dobre słowo też by trzeba odpowiedzieć jakimś dobrym słowem, ale on dba, aby nie powiedzieć za dużo. Wiecie, jak to jest z intelektualistami.
ON: Dzięki. A swoją drogą, spotkanie z tobą też było ciekawym doświadczeniem.
ONA: Tak? - Zawraca. - To zostanę. - Siada. Pauza. - A może jednak pójdziemy? - Znów pauza. - No dobra, nie to nie. Ale dobrze się gadało. Ty chyba często gadasz, bo ci tak ekstra idzie. Słuchaj, a może ty jesteś belfrem? No, jak jesteś belfrem to ci jeszcze opuszczę.
ON: W pewnym sensie jestem belfrem, ale za zniżki dziękuję. Mam już jedną, na kolej, niestety bardzo rzadko jeżdżę.
ONA: To idę, bo Diana zgarnia mi kogoś. Przynosisz jej szczęście.
ON: Ja? Chyba jest pierwszą osobą, której przynoszę szczęście.
Czyżby jakieś rozgoryczenie?
ONA: No tak. No bo my gadamy, a ona ma wolną rękę. - Pauza. - Na pewno nie masz ochoty? Zobaczysz, jak to jest, kiedy się jest z prawdziwą kobietą.
ON: Z kobietą-zawodowcem? Albo jeszcze lepiej, z zawodową kobietą. - Bawi się słowami. - Nie, nie mam ochoty. Poza tym nie jestem jeszcze w tym stanie, żebym musiał za takie rzeczy płacić.
ONA: Wiem, znam takich ambitnych. Wolą rękami przekładać z nogawki do nogawki jak dać komuś kilka groszy.
Ta jej rubaszność przeszkadza mu.
ON: To chyba nie kosztuje kilka groszy?
ONA: Chcesz, to się potargujemy?
ON: Nie, tak tylko mówię.
ONA: Jak chcesz tanio, to musisz iść na rykowisko. Tam znajdziesz takie za bigosik albo za śledzia.
ON: O, właśnie, zawsze lubiłem śledzia po japońsku. Kiedyś najlepsze były właśnie na dworcu. Nie wiesz, ile tam teraz kosztuje śledź?
Wygląda, jakby do jakichś wspomnień się uśmiechał.
ONA: Nie wiem, ja tam nie pracuję.
ON: Oj, jak mówisz pracuję, to mi się to zawsze kojarzy z kopaniem dołów. - Pauza. - Wiesz, czasem jestem ciekaw, jak wy to robicie.
ONA: A jak to można robić? Jest tylko kilka sposobów, reszta to odpowiednia atmosfera. Faceci zawsze chcą tak samo. Tylko różnica, od tyłu czy od przodu.
ON: Nie no, ja wiem, jak się robi te rzeczy, ale... wiesz.. chodzi mi o to całe udawanie, o te wszystkie detale.
ONA: W detalu to wasze żony robią, my robimy w hurcie. Nie gęby się liczą, a portfele. - Teraz się krzywi. - No i żeby nie śmierdzieli, bo ja strasznie jestem czuła. Wiesz, nie lubię, żeby mi śmierdzieli, a niektórych to się domyć nie da.
ON: A czy oni znoszą to ciągłe żucie gumy? Nikt ci nie powiedział, że to wygląda trochę wulgarnie?
Ach, bo zapomniałem chyba wspomnieć, że ona przez cały czas żuje gumę.
ONA: Nie, no, wulgarnych też nie lubię. Wolę, żeby mnie szanowali, to znaczy żeby przynajmniej udawali, że mnie szanują, bo już ci mówiłam, co tacy potem mówią za twoimi plecami. A gumę żuję, bo świeży dech jest. Albo papierosy musisz, albo gumę. Ja, kurwa, strasznie choruję po papierosach. Wiesz, mnie tam nie zależy, jak mnie nazywają za plecami, ja tylko chcę, żeby przy mnie byli jak trzeba. Szkoda, że nie chcesz, czasem dobrze kulturalnego spotkać, bo to zawsze jakaś odmiana. Proszę pani mówi i te rzeczy. Lubię to, kurwa.
ON: Lubisz to? W takim razie nie powinnaś od nich brać pieniędzy, skoro cię niczym nie obrzucają.
Chodzi tylko o proste wysnucie konsekwencji.
ONA: Ale ja im nie wierzę. - Siedzi. Patrzy na niego. Ale przestaje już wierzyć, że cokolwiek wysiedzi. Że go skusi. - No nic, ja już naprawdę muszę lecieć, bo widzę, że jest tam kilku napalonych gości. Miło było. Wpadnij jeszcze. Pamiętaj, masz u mnie zniżkę.
Podnosi się i wolno odchodzi.
ON: Dzięki za zniżkę, ale daj ją raczej komuś innemu, żeby się nie zmarnowała, jak moja na kolej.
ONA: Mnie tu można zawsze znaleźć.
Mówi to głośno. Nie odwraca się, ale macha jeszcze delikatnie ręką, paluszek za paluszkiem.
ON: Nie licz na mnie raczej, ale dziękuję. - Już raczej do siebie to mówi.


Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.