Mirosław Orzechowski - galeria literacka

Walenty Wałek: "W kartoflach" (10)


25.

- Może jednak pójdę zadzwonić.

- Do kogo?

- No, na pogotowie.

- Nie, nie chcę na pogotowie.

- A jak mi tu pani, tfu, zejdzie?

- No i co z tego? To zejdę. Nic mnie to nie obchodzi.

Siedzi Elżbieta, łokcie wspiera na kolanach a twarz kryje w dłoniach.

- Nie ma co narzekać. Jutro wróci pani do normalnego życia.

- Normalnego? Ja już nawet nie pamiętam, jak wygląda normalne życie.

- To, co mamy, pewnie jest właśnie normalnym życiem.

- Więc mi na tym "normalnym życiu" jeszcze mniej zależy.

Jeden łokieć zsuwa jej się z kolana. Próbuje odzyskać równowagę, ale przy tym syczy z bólu. Józef przysuwa się do niej.

- Niech się pani oprze na mojej ręce. Ja wiem, że jestem nieświeży, ale i tak będzie pani lepiej.

Elżbieta przystaje na tę propozycję i mocno chwyta jego ramię. Od rękawa jego płaszcza czuć przedwieczny pot.

- To nic - mówi - ja też śmierdzę jak fiks, bo od wczoraj się plączę po tych działkach.

- O nie. Pani przy mnie to ma boski zapach. Trzy lata temu zburzyli moją ostatnią kwaterę, gdzie się mogłem myć aż do zimy. Potem mi rury zamarzały. Ale tylko do marca.

- Do marca - wzdycha Elżbieta. - Ile jest jeszcze do marca?

- Pół roku. Ale potem znowu będzie ciepło.

Kobieta wbija paznokcie w rękaw jego płaszcza.

- Teraz to nawet czekam na zimę i na śnieg, bo się można nim przemyć. Bo ja się zawsze głupio czuję przy ludziach. Kręcą nosem i mnie wyrzucają, jak gdzieś wejdę.

- Czyściłam kiedyś na śniegu dywany. Potem długo były świeżutkie.

- Chce mnie pani wytrzepać na śniegu?

- Niech mnie pan nie rozśmiesza, bo nie mogę się śmiać.

Oddycha nieregularnie i płytko.

- Przecież pan miał własne mieszkanie. Czemu się go pan pozbył?

- To nie ja się pozbyłem a ono mnie.

- Dziwnie pan mówi.

- Powiedzieli, że jak tam wrócę, to mnie zabiją. To znaczy, nie oni, ale... Zresztą, co to za różnica.

- Dzieci? Pierońskie bachory. Człowiek całe życie na nie haruje, a one nawet odrobiny wdzięczności nie potrafią okazać.

Elżbieta zaczyna płakać.

- Dała mi w pysk, bo jej córka powiedziała "krowo". Potem spadłam ze schodów, a na dole było to krzesło.

Milknie, bo w tym podnieceniu trudno jej złapać powietrze. Znowu zbiera się w sobie i wybucha.

- A jak się kurwi na cepeenie, to jak jej dziewczyna miała powiedzieć? Tylko ciągle do domu sprowadza nowego faceta i mówi, że to nowy tatuś. A ilu można mieć tatusiów?

- Dobrze, że nie mam dzieci.

- Ja też nie mam. A tę dziwkę sobie wzięłam do domu tylko po to, żeby mnie Pan Bóg mógł żywcem do nieba zabrać.

- To też jakaś korzyść. Znaczy, że pójdzie pani do nieba.

- A pan nie? Przecież pan, panie Józefie wszystkim pomaga i nic nigdy za to nie chce.

- Ja mam na to specjalną teorię.

- I żyje pan jak...

- Właśnie. Jak? Nie, pani Elżbieto. Ja narobiłem w życiu tyle dziadostwa, że zwykłe katolickie niebo by mogło tego nie wytrzymać. Ale jak człowiek się starzeje, to się zaczyna zastanawiać i nic mu nie pasuje. To sobie pomyślałem, co ja bym zrobił, gdybym był Bogiem. I wymyśliłem własne niebo.

- Nie będzie panu przeszkadzało, jak się położę?

- Pewnie, że nie.

Pomaga jej ułożyć się na ławce. Zdejmuje sweter spod płaszcza i wkłada jej pod głowę.

- Tak wygodnie?

- Wygodnie. Może nawet się zdrzemnę na moment. Jak pan musi gdzieś iść, to niech pan idzie i zostawi mnie. Ja sobie sama dam radę. A sweter panu kiedyś oddam.

- A gdzie ja miałbym iść. Ja nigdzie nie muszę iść.

Nagle uśmiecha się do swoich myśli, siada na ziemi, opiera się o ławkę. Ona widzi ten jego śmiech na uszach i czubku głowy. Tak to robi szeroko.

- Dlaczego się pan śmieje?

- Nie wiem dlaczego, ale mi się nagle przypomniało, jak kiedyś byłem starostą weselnym.

- Dziwne skojarzenie. Ale trudno mi sobie wyobrazić, żeby pan był starostą na jakimś weselu.

- Tak, tak, byłem. Bo kiedyś to ja inaczej jak w garniturze nie chodziłem. Może tylko w pracy.

I zaczyna jej opowiadać, jak doszło do tego, że został starostą weselnym, choć nie miał pojęcia, co to za funkcja i czego od niego chce pan młody, brodacz z uśmiechem, którego można się było obawiać. Panna młoda miała na imię Marta. Mała była i niewydarzona, ale ładna. Mniej więcej ładna. Tak, na pewno miała na imię Marta i pochodziła ze starej artystycznej rodziny, gdzie już dziad i tak dalej, a ojciec to w ogóle, ojciec był wielkim malarzem i należał do Grupy Krakowskiej, awangardowy, że można się było posikać. Na jego pogrzebie przemawiał nawet jakiś minister, taki był wielki, tylko on, Józef, zupełnie nie może sobie przypomnieć, jak on się nazywał. I ta Marta chyba po nim wzięła tę awangardowość, tylko nie w malarstwie ją przejęła, od razu doszła do tego, bo była mądrą kobietą, że w malarstwie to ona nie ma za dużo do powiedzenia, więc po prostu założyła galerię, najpierw na jakimś strychu na Dębnikach, potem przeniosła się na parter, a na koniec to w ogóle na rynek, ale za mąż wyszła w tych czasach, kiedy jeszcze się zajmowała własną twórczością, za Chomika wyszła, bo na jej męża mówili Chomik, nie wiadomo dlaczego, chociaż później się okazało, że było to przezwisko prorocze, bo w wieku pięćdziesięciu lat zaczął się do chomika upodabniać.

Zdarzyło się, że kiedy przyszli małżonkowie doszli do urzędu, żeby się zarejestrować, a szli piechotą i znużył ich ten spacer, bo strasznie gorąco było, już na miejscu się okazało, że tylko przyszli małżonkowie mieli ze sobą dowody, tak więc ogłoszono pierwszą powojenną łapankę, a jedną z dwu ofiar stał się Józef. Nawet się bardzo nie bronił, kiedy go zaciągnęli przed państwowy ołtarz jako świadka wydarzenia. Potem się zresztą okazało, że ojciec panny młodej miał ze sobą dokument, ale on miał coś przeciw panu młodemu i do końca miał nadzieję, że do małżeństwa nie dojdzie.

- Słucha pani?

- Tak. Słucham. I jest mi dobrze. Oczy mi się zamykają, ale słucham.

Potem cały dziesięcioosobowy orszak udał się na rynek i dalej pod "Trzy Rybki". To była legendarna restauracja. Dzisiaj wyparły ją jakieś sterylne i nijakie knajpy, w których wszystko się nazywa po angielsku, ale zjeść nie ma czego. A tam zawsze była wódka i śledź po japońsku. Gdyby Japończycy pili taką wódkę i jedli takie śledzie, bo nie byliby takimi kurduplami. Ale z drugiej strony, czy by wtedy wymyślili "toyotę".

- A jak była ubrana panna młoda?

- A czy ja takie rzeczy pamiętam? Chyba miała różową sukienkę. No i buty miała. Ale welonu nie. Welonu nie miała na pewno.

- Jak pan może zapomnieć takie rzeczy.

Leży skulona i rozmawia nie otwierając oczu. Ma to coś z rozmowy przez telefon, ale nie tamtych rozmów w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy trzeba było krzyczeć, żeby po drugiej stronie ktoś się mógł domyślić, na jaki temat toczy się rozmowa.

Na Szczepańskiej Marta powiedziała do Chomika:

- Wiesz co, ty mi nawet, kurwa, wiązanki ślubnej nie kupiłeś.

- O przepraszam. Wróć - powiedział pan młody i skręcił do kwiaciarni.

- A gdzie to było? - pyta Elżbieta.

- W Krakowie.

- A, w Krakowie. Nigdy nie byłam w Krakowie.

Towarzystwo paliło jednego papierosa za drugim, a wszystkie zagraniczne, bo to byli wielcy artyści i po świecie jeździli. Czekali, że Chomik z tej kwiaciarni wreszcie wyjdzie. Goście zaczęli się zastanawiać, czy on tam nie pożarł jakiejś trującej rośliny, bo podobno był strasznym głodomorem. Ojciec Marty, a teraz to nawet wbrew własnej woli teść tego, co się zgubił w sklepie, został nawet w pewnym momencie wysłany przez swoją córkę a teraz zgodnie z własną wolą żoną zaginionego, żeby go odszukał, ale okazało się, że niepotrzebnie, bo Chomik się wreszcie wydobył z tej dżungli, a w ręce dzierżył doniczkę z pelargonią. Powiedział, że żaden bukiet do jego nowej żony nie pasował. Panna młoda nawet klasnęła się w ramię, ale tylko dlatego, że jakaś mucha jej tam siadła. A wtedy to nie było takie normalne, bo w zawiesistej atmosferze Krakowa rzadko przeżywały insekty. Dlatego ciężko było jaskółkom, musiały latać mniej więcej na wysokości wież kościoła Mariackiego, bo niżej nie było much. A ludziom się wydawało, że ciągle będzie pogoda, bo one tak wysoko. Marta się klasnęła w ramię, co zebrani uznali za objaw zachwytu, a nowożeniec złapał za rękę Józefa i huknął;

- Ty będziesz, kurwa, czynił honory starosty weselnego!

Józef tak się przejął swoją rolą, że od razu podszedł do kelnera i zamówił dla wszystkich po wódce i śledziu po japońsku. Na koniec się okazało, że uczynił to na własny koszt, ale nie miał do nikogo pretensji, tak bardzo był zadowolony ze swojej funkcji.

Tylko ojciec oblubienicy nie tknął swojego śledzia. Wypił wódkę i wyszedł. A kiedy wyszedł, to się wszyscy rzucili na pozostawiony przez niego nietknięty talerz. Pięć sekund i był pusty. Panna młoda ofuknęła swego nowego męża, że on nie postawił gościom wódki.

- Wróć - powiedział i poszedł w kierunku baru. Ale kiedy doszedł do stolika, przy którym siedzieli, trzecią część wódki już wypił sam.

To małżeństwo nie trwało długo, tyle tylko trwało, aby zdążyć spłodzić dwójkę dzieci, które mogłyby później przejąć schedę po rodzicach, dwie dziewczyny, z którymi ojciec nie widywał się prawie, odkąd wyjechał do Rzeszowa, żeby tam nauczać malarstwa kolejnych awangardzistów, bo Chomik już wtedy był co najmniej tak awangardowy, jak jego teść. Tak rzadko widywał swoje córki, że kiedy w pewnym momencie przyjechały do niego, przez drzwi je zapytał:

- A panie w jakiej sprawie?

Jak z woli Marty to małżeństwo się trzymało, z woli rodziców rozpadło się. Spotkał Chomik Józefa na ulicy jakoś w styczniu, bo oni się zaprzyjaźnili i widywali, dopóki mieszkali obaj w Krakowie. Józef go zapytał:

- Co porabiasz.

Takie tam zapytanie, żeby rozpocząć rozmowę. A tamten do niego:

- Byłem, kurwa, na święta u teściów. Kazik, był w porządku, ale teściowa powiedziała, jak sobie kroiłem chleb: "co za cham kroi takie grube kromki" i wyszedłem.

- W ogóle powinniśmy się nauczyć - kończy opowieść Józef - wychodzić w odpowiednim momencie. Ile nieprzyjemnych sytuacji by nas wtedy mogło ominąć.


26.

- Niech pan jeszcze mówi. Dobrze się tego słucha. można zapomnieć o wszystkim. Tylko śmiać się nie mogę, bo mnie strasznie boli.

- Nic mi już więcej do głowy nie przychodzi - rozkłada bezradnie ręce Józef. - Zawsze, jak trzeba coś powiedzieć, to nic mi do głowy nie przychodzi, a jak nie trzeba, to owszem, pełno mam w głowie takich historyjek.

- To nic, to posiedźmy chwilę.

Ale ona leży, gdy on siedzi. U jej stóp niejako, bo obok ma podkurczone nogi Elżbiety.

- Niech mi pan jeszcze coś obieca.

- Co mam pani obiecać?

- Że jak by się jednak coś stało i jak bym... wie pan, to mnie pan tu gdzieś zakopie i nikomu o niczym nie powie. Przede wszystkim tej dziwce pan nic nie powie.

- Dlaczego? Ja bym ją jeszcze milicją poszczuł, żeby miała za swoje.

- Policją, panie Józefie, pan jeszcze siedzi w komunie po uszy. Ale po co? Jak ją wezmą, to się do końca zmarnuje. Do tego dziecko sobie jeszcze zmarnuje.

- Miałem kiedyś taką, co ciągle gadała, że nie może od swojego odejść, bo się całkiem zmarnuje, aż ją na koniec zatłukł. On poszedł na piętnaście lat, ale ona też sobie była winna, bo miała taki głos, że jak otwierała usta, to każdy miał ochotę ją udusić. Ona nie mówiła, tylko świdrowała głosem, a ile można wytrzymać takie świdrowanie. Nawet w kopalni jak świdrowali, to się ziemia co jakiś czas buntowała.

- Wolę już to, co pan przedtem mówił.

- Ja też wolę, ale rzadko dostajemy to, co wolimy.

- Nie ważne. Niech mi pan to obieca.

- A co ja powiem milicjantom, jak po mnie przyjdą? Że tak sobie czasem lubię kogoś zakopać? Że się akurat pani nawinęła, to panią zakopałem, bo ja nie jestem wybredny.

- Niech mnie pan nie rozśmiesza, bo nie mogę oddychać jak się śmieję.

- No to co im mam powiedzieć?

- O co panu chodzi, panie Józefie, przecież nikt mnie nigdy nie będzie szukał.

Elżbieta kuli się na ławce i zaciska powieki.

- Nie wiem - Józef krzywi twarz w uśmiechu. - Mnie tam nigdy nikt nie wierzy. Chyba, że mi pani to da na piśmie, że chce pod płot.

- Dam panu na piśmie - zapewnia Elżbieta zduszonym głosem, a potem podnosi głowę, tylko że od razu tego żałuje, bo tę swoją głowę zaczyna czuć w okolicach przepony. - Strasznie mnie to razi w oczy.

- Co?

- To światło, co tak migocze.

- Migocze?

Józef odwraca ku niej twarz, a ona ma wytrzeszcza oczy i patrzy, jakby przed nią działo się coś niezwykłego.

- Niech mnie pani nie przeraża. Moja matka, jak wzięła za dużo pigułek, to też przyszła do mnie i pyta, czy w moim pokoju słońce mruga tak samo jak u niej. Byłem wtedy chłopakiem i mieszkaliśmy w bloku. Ojciec pracował w hucie. Dali mu nawet order zasłużonego hutnika PRL-u. Potem brązowy krzyż zasługi. Brązowe było modne w tamtych czasach. Ja sam miałem brązowy garnitur z bistoru. Ojciec nosił wtedy śmieszne okulary, grube i okrągłe. Chciałem też takie nosić, ale nigdzie nie znalazłem. I miał pofalowane włosy. Zresztą, wtedy wszyscy mężczyźni mieli falujące włosy. Skąd to się mogło brać? Może używali tego samego mydła. Na pewno używali, bo przecież w tamtych czasach było jedno mydło, jedno masło, jeden chleb. I wszystko nazywało się popularne. W barze był bigos popularny, kiełbasa była popularna, papierosy, proszek do prania. Tak się zastanawiałem po co, ale to było strasznie zmyślne. Potem mogli powołać byle jaki rząd i wszyscy doszliby do wniosku, że rząd też jest popularny. Dzisiejsi politycy nie mają już tej fantazji, co tamci komuniści.

- A co z matką?

- Z matką? Z jaką matką? Acha, z matką. Przyszła do mnie i mówi, że chyba są plamy na słońcu, bo tak mruga. Jak jej powiedziałem, że u mnie nie mruga, to mi kazała pójść do siebie, żebym zobaczył, jak u niej mruga, bo te plamy są chyba po jej stronie. Potem zaczęła krzyczeć, że chyba umiera, bo ją ziemia pochłania. Jak się kładła, to jej kwiaty na piersiach zaczynały rosnąć. To wstawała, a wtedy słońce mrugało. I tak w kółko przez dwanaście godzin. Jak zaszło słońce, to mrugał księżyc.

- Niech pan mnie nie rozśmiesza, bo się zesikam.

- Co się pani przejmuje? Ja się też czasem zleję. Najczęściej na śnie. W lecie szybko schnie, w zimie, jak zamarznie, to można wykruszyć. A teraz to i tak wszystko jest mokre, więc co za różnica.

- Co się stało z tą pana mamą?

- A nic. Nie umarła. Żyła tak długo, aż Pan Bóg uznał to za nieprzyzwoite i dał jej zwolnienie. Takie długie życie to przekleństwo, bo sobie człowiek zdąży narobić tylu wrogów, że potem wszyscy oddychają z ulgą, jak się już wreszcie umrze.

- Miała tylu wrogów?

- W każdym razie nie była łatwa. Wkurzała nawet wtedy, jak komuś coś chciała dać. Wie pani, od jednych brać to jest przyjemność, a od drugich katorga. Ale umarła i wszystko się zmieniło. Śmierć zmywa wszystkie winy. No, może prawie wszystkie. Wszystkie winy zmywa tylko wtedy, jak się umrze we właściwym momencie. Ale kobiety pod tym względem zupełnie nie mają wyczucia.

- Ciekawe, jak się umiera?

- Niech się pani nie martwi, to pewnie tylko taka większa czkawka, albo coś takiego, jak się połknie ość z karpia. Na koniec przychodzą dwaj anieli, strzelają człowieka otwartą dłonią w plecy, bo oni to potrafią robić, i od razu jest nam lepiej. od razu wydaje nam się, że jesteśmy w niebie.

- Ja to chyba nieba nie zobaczę.

- Dlaczego?

- Jak patrzę na moje życie, to mi się wydaje, że wyląduje na samym dnie piekła.

- Jakiego piekła? Kto pani tych bzdur naopowiadał? Chociaż jak chodziłem na religię do cystersów w Mogile, to był tam taki jeden młody ksiądz, który potrafił obliczyć liczbę aniołów i diabłów. I wiedział dokładnie, gdzie jest piekło. Chociaż słyszałem, że do samego Sądu Ostatecznego piekło będzie puste, bo jak można karać bez sądu. Odpowiedzialne diabły polerują tylko części metalowe piekielnego sprzętu. Takie tam: łańcuchy, szpikulce, obcęgi, noże. Jak go spytałem, czy diabły mają samochody, to powiedział, że pewnie, bo samochody to diabelskie narzędzia. To go spytałem, jakiej marki są te samochody, a on że chyba pobieda, bo Związek Radziecki to kraj Antychrystów. Od razu sobie wyobraziłem Marchockiego, mojego sąsiada, jako Antychrysta, bo on też miał pobiedę i woził nas czasem, więc może i my już mamy przegrane nasze zbawienie.

- Proszę, niech mnie pan nie rozśmiesza.

- Ale piekła nie ma, a niebo jest tylko na tyle dobre, żeby po tej czkawce czy ości poczuć ulgę.

- Chyba nie chce pan wszystkich wysłać do nieba? A takiego Nerona czy Hitlera?

- Wszyscy bez wyjątku będą w niebie. Chyba że ktoś nie chce. Bo są tacy, którzy mówią: "ja z nim w jednym niebie? nigdy!" To oni mają specjalne separatki. A Hitler to ma w niebie nie ogrzewaną laubę, jak ta moja i raz w miesiącu kartkę na przydziałową łaskę boską. Tak jak kartkę na jedną butelkę wódki na miesiąc w stanie wojennym, do dla nałoga było najgorszą męką. Jak mu się taka butelka przypadkiem stłukła, to z asfaltu wódkę zlizywał. A niech się męczą przez wieczność, to się może wreszcie czegoś nauczą. Chociaż są tacy, co się nigdy niczego nie nauczą. ale może jak będą mieli wieczność, to choćby z nudów sobie coś przemyślą...

Ból przygasł nieco, więc Elżbietę nawet zaczyna bawić ta rozmowa. Zdaje się, że Józef w całym swoim życiu nie wypowiedział tylu słów, co w ten jeden wieczór. Ona go nawet chce zapytać o przyczynę tego wybuchu przypowieści, ale trudno mu się między słowa wcisnąć.

- Bóg może i wie wszystko, ale jako nauczyciel jest do bani. Wali wszystko na jedno kopyto jak jaki jezuita.

- Tyle ludzi zabił i do nieba - niedowierza Elżbieta.

- Kto?

- No, Hitler.

- Niech tylko pani nie mówi głośno, że pani nie chce do nieba z Hitlerem, bo pani dostanie separatkę. A on sam z siebie to by najwyżej ojca i matkę zaszlachtował. Jak rozdzielić te miliony na jego wszystkich pomagierów, to mu zostanie najwyżej kilka osób. Zresztą, co za różnica, milion czy jedna osoba. A ta pani córka to będzie mieć tam komórkę obok Hitlera. Może o dwa metry większą. Po drugiej strony ja dostanę swoją. Najgorszą karą dla nas wszystkich będzie wzajemne towarzystwo.

Mieliśmy takiego sąsiada, który w każdą sobotę słuchał na całość jakichś góralskich hitów i chlał. Do samej północy, a od szóstej rano zaczynał rzygać. Jak się tacy spotkają w kupie na całą wieczność, to się nie będą chcieli naprawić, myśli pani?


27.

- Będę się modliła, żeby pan nie mieszkał przy tej dziwce.

- Niech się pani modli, ale to i tak wszystko jedno. Jak by Bóg słuchał nas wszystkich, to by zaraz oszalał i nie byłoby nieba ale jakiś misz-masz.

Elżbieta śmieje się, ale przy tym skręca się z bólu i myśli, że tak się muszą czuć zwierzęta zjadane żywcem. Głowa jeszcze na wierzchu, ale tylne nogi już prawie strawione.

- Iść po pogotowie?

- Nie, nie chcę. Co mi takie życie. Lepiej by było, jak bym zdechła.

- Jak by tak nad tym pomyśleć, to też bym mógł zdechnąć. Tylko mnie nie ma kto kopnąć w dupę, żebym spadł ze schodów. Chyba się będę musiał zgłosić po prośbie do tej pani córki.

- Panie Józefie, niech pan przestanie, bo się naprawdę skończę.

- Dobra, już nic nie mówię.

Ale kiedy rzeczywiście przestaje mówić, Elżbieta czuje nagłą ciszę jak huk wodospadów, albo jak owady, które jej wlatują do uszu i tam odbywają dzikie harce. Pyta więc:

- Zobaczymy się wszyscy w tym pana niebie?

- Tego to pani nie mogę obiecać, ale tak myślę, że jak by się w niebie mieli wszyscy z wszystkimi spotkać, to by tam musiał być niezły burdel. A czy burdel można nazwać rajem? W niektórych baśniach powiadają, że się tam połączymy z najbliższymi i zaczniemy z nimi od nowa. To ja się pytam, jak by to zniosły pięciokrotne wdowy? Zresztą, ja bym tam wolał niektórych nie spotykać, choćby to się miało odbyć w niebie. A jak by oni się chcieli spotkać ze mną, bo by Bóg miał zagwozdkę.

- Panie Józefie, bo teraz pan dostanie separatkę.

- A, prawda. To już to wymazuję. Ale ja myślę, że najlepszym rajem by było, jak by Bóg wszystkim wszystko wymazał i nie dał im rąk ani nóg. W ogóle ludzie są nieudani. On powinien nas wszystkich zmielić na proch i ugnieść wszystko od początku. Może by wyciągnął jakieś wnioski z dotychczasowego doświadczenia. Niech pani tak nie wzdycha, pewnie by to nawet nie bolało, gdyby nam mielił dusze, bo i tak nie wiadomo, gdzie one są, co ma boleć i w którym miejscu.

- A ciała? Przecież mamy zmartwychwstać w całości.

- Bo ja wiem, co z ciałem? Chyba, że się robakom odbije.

- Ja kiedyś to byłam ładna.

- No to jak? Staruchy by były całą wieczność staruchami, a niemowlaki niemowlakami? A piękne kobiety by były piękne, a kostropaci by byli już zawsze kostropaci?

- Chyba tak.

- Jak ja bym był Bogiem, to by to było całkiem inaczej urządzone. Każdemu bym dał ideę samego siebie.

- Nie rozumiem pana, panie Józefie. Ta idea to brzmi jak jakiś bilet.

- Nie szkodzi, nikt mnie nie rozumie, to się przyzwyczaiłem. Ale z tym biletem to by mogło być, coś jak ten pomysł rządu z bonem na naukę.

Elżbieta znowu zamyka oczy. Józef czuje, że powinien się spieszyć, skoro ona się uparła, żeby nie iść na pogotowie i skoro taj jej choroba miałaby nie być byle czym, dostaje jedyną szansę, żeby przez Elżbietę wysłać do Boga te kilka myśli. Jeżeli się Bóg z nimi nie zgodzi, to trudno, ale powiedzieć mu to trzeba koniecznie.

- To by było coś takiego, jak pomysł na każdego z nas. Ten pomysł by się wypełniał w ciągu naszego życia. Tylko by czasem się tak stało, że by ktoś umarł wcześniej, zanim by się stał taki, jakiego by chciał go widzieć Szef. Czasem go rodzice skrzywdzą kretynizmem, albo go ktoś zarżnie, albo go choroba pokręci, ale ten pomysł w nim będzie i do zmartwychwstania by się tylko on liczył. Wszyscy byśmy się zdziwili, jak mieliśmy wyglądać. Jak by wszyscy byli tacy piękni i doskonali, bo by już w ogóle nic nie było piękne, bo nic by nie było gorsze, więc nie byłoby się o co kłócić. Powinno się liczyć tylko to, co sobie Pan Bóg wymyślił, zanim to sobie drugą ręką spieprzył. Rozumie pani?

- Nie bardzo.

- Niech pani sama powie, koślawi mogą sobie szpecić ziemię i nic takiego się nie dzieje, ale niebo to niebo i jego szpecić nie powinien. A jak taki koślawy się dostanie do nieba, to co, na wózku po nim będzie jeździł?

On oddycha szybko w tym podnieceniu wywołanym rozwijającą się myślą, a ona ledwie oddycha i coraz mniej do niej trafia. Rozumie tylko pojedyncze wyrazy, ale zdania się z nich w żaden sposób nie chcą ułożyć. Czasem tylko patrzy na niego z podziwem, ale najlepiej się czuje z zamkniętymi oczami.

- A głupi znowu to tacy, którzy są normalnie mądrzy, tak samo jak inni, tylko im te ich pokrzywione mózgi nie chcą działać jak należy. Ale jak staną na Sądzie ponaprawiani, to znaczy tacy, jacy mieli być, to ich od Einsteina się nie odróżni. Taki Hitler będzie miał metr osiemdziesiąt i będzie łagodny jak baranek. No i w ogóle będzie z nim można pogadać o wszystkim. Ale jak narozrabiał, to trzeba będzie odpokutować. Dlatego będzie miał tę laubę. No bo go przecież rodzice skrzywdzili wyglądem kurdupla i tym ich hitlerowskim wychowaniem. Ale mu się już dawno ten jego pogięty mózg sfajczył, więc go pewnie co jakiś czas nawet wezmą do chóru anielskiego, żeby śpiewał siedemnastym albo sto pięćdziesiątym dziewiątym głosem. Bo tam już kilku muzykantów poszło, to sobie zrobią taką polifonię, że głowa boli.

Patrzy na nią i słucha jej nierównego oddechu.

- Ale ja bym i tak niektórych nie chciał już widzieć. Nie to, żebym ich nie kochał, bo wszyscy ze wszystkimi się będą kochać. To znaczy... wie pani... nie tak jak hipisi, żeby każdy z każdym, tylko się będziemy sobie podobali, bo wszyscy będziemy tacy piękni, że daj Boże zdrowie. Ale co? Seksu nie będzie? Nie. Jak ja bym był Bogiem, to by seks był w niebie. I to całkiem bezpieczny, bo by więcej już żadnych ludzi nie mogło być, bo jak by sobie mieli zasłużyć na raj, skoro by się już w raju urodzili. To co dla każdego takiego apartament w osiedlu dla vipów czy lauba przy Hitlerze? Jak kto się gdzie urodzi, to od razu ma obywatelstwo. To oni by mieli rajskie obywatelstwo. Nam by Bóg mógł wypominać, co zrobiliśmy na ziemi, a takim by nic nie mógł powiedzieć. No i jak by się miał urodzić, jak by w raju nie było niemowlaków ani starców. Już od razu by się musiał urodzić gotowy. Nie no, kobiety by chyba nie dały rady.

Przez chwilę Józef się zastanawia, co dalej.

- Ja tak sobie to wszystko wymyśliłem chyba, żeby się pocieszyć, bo do takiego waszego, katolickiego raju to się chyba nie nadaję. Wcale nie jestem dobry człowiek. Wkurza mnie wszystko, co żyje i co nie żyje, pory roku, pani Jadwiga i Żaneta mnie wkurzają. A najbardziej to mnie zawsze wkurzało gadanie mojej matki. Miałem czterdzieści lat, a ona mnie jeszcze ciągle uczyła, jak się zapala gaz. Sama o mało nie wyleciała w powietrze, ale mnie ciągle chciała bić po łapach. Jak wracałem późno, to chodziła dookoła bloku, szukała mnie po śmietnikach, bo przecież mogłem zgubić klucz i na pewno się martwię, albo płaczę gdzieś na ławce. Mało brakowało, a jeszcze by mi śliniak zakładała, żebym się nie upierdolił rosołem. Przepraszam, poniosło mnie, chciałem powiedzieć, że jej o to chodziło, żebym się nie ubrudził. A jak ja się miałem nie ubrudzić, jak ona do rosołu wrzucała makaron długi na pół metra, co spadał i rozchlapywał całą zupę. A ja na złość jej się lubiłem ufajdać. I karmiła mnie wiecznie spalonymi, nasiąkniętymi tłuszczem kotletami mielonymi. Starałem się nie przychodzić na obiad, ale ona wtedy dawała mi je na kolację i przez całą noc mi się odbijało. A jak nie na kolację, to na śniadanie, a jak nie zjadłem, to mękoliła, że jej nie szanuję, a ona się przecież dla mnie poświęca. A jak mówiłem, żeby się przestała dla mnie poświęcać, to jęczała, że jej życie zmarnowałem. Potem już nawet jak na nią tylko popatrzyłem, albo jak się odezwała, to ja dostawałem białej gorączki.

Traktowała mnie jak męża i była zazdrosna jak o męża. Nie było z nią żadnej rozmowy. Jak postanowiła zakręcać kran obcęgami, to zakręcała, chociaż ja schowałem obcęgi. Do sąsiadki szła i pożyczała. Czasem dwa razy w miesiącu ukręcała kran, ale to przecież nie przez nią, tylko przez to, że teraz takie słabe krany produkują. I wie pani co zrobiłem? Jak dostała jednego ze swoich słynnych ataków serca, to ja wyszedłem z domu i czytałem gazetę na klatce schodowej. Na schodach siedziałem i czytałem. Ona ani raz w swoim życiu nie powiedziała prawdy. Kłamała, udawała i opowiadała o swoich chorobach jak Hitchcock. Ale tym razem po raz pierwszy powiedziała prawdę i kiedy wróciłem do domu, to ona już nie żyła.

I przyszło do mnie tych dwóch i powiedzieli, że oni wiedzą, że to przeze mnie i że z pierdla nie wyjdę, ale jak im zostawię mieszkanie, to będę mógł sobie uciec, gdzie będę chciał. Od tamtego czasu udawałem sfiksowanego, ale wiem, że jak bym wtedy nie uciekł, to dziś bym już swoje odsiedział i miałbym gdzie żyć.

Odwraca się i widzi, że z Elżbiety już żaden słuchacz, bo oczy ma co prawda otwarte, ale nieruchome, a przez otwarte szeroko usta już nie oddycha, więc to wszystko tylko tak w powietrze powiedział i to wszystko na nic, bo nawet jakiejś ulgi nie może poczuć. Uderza pięścią w ławkę z taką siłą, że omal ona z niej nie spada. Zaczyna płakać nad sobą, matką i nad Elżbietą. Ale przede wszystkim nad sobą, bo żeby płakać nad tamtymi dwiema, jest już za późno. Noc jest ciepła, ale wilgotna. W sam raz na to, żeby rozpalić ognisko i patrzeć w ogień. a najlepiej jeszcze się czegoś napić i pośpiewać sobie. Tylko gdzie teraz znaleźć suche drewno. I co zaśpiewać, skoro on już nawet tamtej Międzynarodówki nie pamięta.


Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.