Mirosław Orzechowski - galeria literacka

Wariacje na temat pięciu parad Jana Potockiego
(4)

Kasander literatem


osoby:

Kasander

Zerzabella

Leander

Doktor

Kasander: Siadaj, moja córko. Pragnę przeprowadzić z tobą osobny monolog w sprawie zięcia, którego postanowiłem zostać teściem. Nadstaw wobec tego pilnie słów, aby wysłuchać uszów, które ci wygłoszę.

Zerzabella: Drogi ojcze, przedmiot twej rozmowy mocno mnie zaciekawia. Jeżeli twój wybór zgodny będzie z moim, poddam się twojej woli bez odrazy.

Kasander: Tego się właśnie spodziewałem po mojej niesfornej córce. Zważ jednak, moja droga Zerzabello, że monolog jest przeznaczony dla pojedynczej osoby, a ponieważ ja jestem tym, który go wygłasza, więc tobie pozostaje go wysłuchać z pokorą przynależną córce.

Wiesz dobrze, moja córko, że jesteś jedyną jedynaczką, jaka mi pozostała z przeszło dwudziestu bliźniąt, które wydała na świat pani Kasandrowa. Zmarła niestety biedaczka na długo przed twoimi narodzinami, a ja zostałem z tobą, sierotą bez ojca i matki. Od tej pory postanowiłem cię całkowicie oddać mej trosce o swoją edukację. Byłem twoim Julianem, a ty byłaś moją Romeą i z talentem zdobiłem cię upodobaniem wdzięku i cnót. Myślę, że mnie rozumiesz.

Zerzabella: Nie rozumiem.

Kasander: Zamilknij krnąbrna istoto! Jak ty się odnosisz do swojego ojca, którego masz jednego, więc winnaś mu cześć.

Zerzabella: Nos mam też jeden.

Kasander: Ale nie jest on twoim ojcem. Na czym to ja skończyłem?

Zerzabella: Na cnotach.

Kasander: Właśnie, z wdziękiem cię upodobałem w talenty, ale żeby lepiej sprostać temu zadaniu, postanowiłem sam zostać literatem. Rozumiesz mnie, moja córko?

Zerzabella: Rżenie konia łatwiej rozumieć, mój ojcze, niż twoją przemowę.

Kasander: Co za sekutnica przeklęta! Ale wracam do sprawy. Otóż wiedz, że kupiłem sobie właśnie posadę pedla na uniwersytecie i odtąd dom mój będzie stał otworem dla wszystkich pięknoduchów z rzeźni niewiniątek, których zajęcie sprawia, że coraz więcej gęsi pozbawionych jest piór. Rozumiesz? Cicho! Nie kłóć się! Najlepiej się w ogóle nie odzywaj!

Zerzabella: Przecież jeszcze nic nie powiedziałam. Zważ jednak, drogi ojcze, że trudno ci będzie zostać literatem, skoro nie umiesz czytać ani pisać.

Kasander: Zupełnie nie rozumiesz, o co tu chodzi, moja niedoświadczona córko. Literatura to wcale nie jest to, co ci się zdaje. Żeby zostać literatem albo filozofem zgoła, wcale nie trzeba umieć czytać i pisać. Wystarczy zaprosić w niedzielę na obiad takich, co umieją czytać i pisać. W swej naiwności myślisz pewnie, że aby zostać artystą, trzeba umieć malować, a żeby zostać politykiem, trzeba umieć mówić. Nic bardziej szkodliwego od takiego mniemania.

A zatem, kochana Zerzabello, wysnułem projekt, który nas oboje musi okryć chwałą. Ogłoszę konkurs i ten, który stworzy najpiękniejsze rozprawy na różne tematy, zostanie moim zięciem, ty zaś, droga Zerzabello, będziesz miała zaszczyt zostać nagrodą literacką, która mnie świetnie w świecie uświetni.

Zerzabella: Ależ ojcze! Co u licha znaczą te wszystkie bzdury? Jeżeli wyjdę za mąż to po to, aby być żoną, a nie jakąś tam nagrodą literacką. Żebyś wiedział, że nic mnie nie obchodzą te wszystkie twoje rozprawy, a jeśli będziesz nadal nalegał, to ja się już z nimi potrafię rozprawić jak należy.

Kasander: Cóż to za dziwny ton tonie w twym tonie, moja córko? Czyżbyś miała czelność rozporządzać swoją zgodą, nie zapytawszy o moją rękę?

Zerzabella: Na nic mi się twoja ręka nie zda.

Kasander: Dobrze wychowana córka nie ręczy nigdy za czelność zgody swojego ojca.

Zerzabella: Ja też nie ręczę ani za czelność, ani za siebie, jeżeli się będziesz upierał przy swoich bredniach. Jestem zakochana, a jeśli spróbujesz pogwałcić moje skłonności, rzucę się głową do klasztoru. Zresztą rzucę się albo nie rzucę, głową albo nie głową, do klasztoru albo i nie do klasztoru, ale coś zrobię na pewno.

Kasander: A czy można wiedzieć, jak się zwie ów szczęsny nieśmiertelnik, czy też raczej nieszczęsny śmiertelnik, którego sobie wybrałaś?

Zerzabella: Mój ukochany to nie żaden nieśmiertelnik, tylko pan Leander, kapral gwardii najemnych ochotników.

Kasander: Cha! Cha! Co ja słyszę!? Córka literata miałaby zostać żoną kaprala? Ach, niewdzięcznico! Po to cię wykarmiłem na łonie żmii, żebyś się stała rodem swej hańby? Nic z tego! Zaraz idę do pana Doktora. Żądam, abyś go poślubiła bez nagrody oraz konkursu. Zresztą on by i tak zdobył nagrodę za rozprawy na różne tematy, bo tak postanowiłem. Bądź zdrowa. Wracam po moim ślubie! To znaczy, twój ślub po moim powrocie!

Zerzabella: Ach, mój okrutny ojciec poszedł i zostawił mnie na pastwę samotności... Czarna rozpacz zaczernia mą dziewiczą duszę! Gdyby przynajmniej mój ukochany Leander ze swoim lampasem się zjawił. Prawda, że nie on jest doktorem, jednak czym są rozprawy tamtego przy ostrej szpadzie, która od pasa zwisa panu Leandrowi. Ale co widzę. Listonosz z poczty nadchodzi, a w ręce dzierży epistołę w rulon zwiniętą. Pewnie to od mojego ukochanego.

List jest opieczętowany. Na pewno zawiera jakieś sekrety, ale nie szkodzi, odczytam go na głos.

"Najkąchańsza kąchanko! Z dala od ciębię więczność wydaje się chwilą. Godziny mijają jak oka mgnięnię. Gdybym był z tobą, nic bym sobię nie robił z tej rozłąki. Totęż nie omięszkam zjawić się dzisiaj więczorem między młotem a kowadłem, częgo i tobię życzę, czyli jak to się mówi, komu w drogę, temu Pan Bóg daje z cebra. Którym mam zaszczyt pozostać.

Leander"


Ładna historia! Pan Leander przybędzie tu między młotem a kowadłem, a ja tymczasem zostanę nagrodą literacką dla pana Doktora! Co robić? Co tu wymyślić? Ani chybi, przyjdzie mi samej zostać rozprawą pana doktora. Ale kogo widzę? Leander we własnej osobie! Ach, drogi kochanku!

Leander: Ach, najdroższa kąchanko, do kroćset pik na sztorc postawionych!

Zerzabella: Ach, drogi mój! Utracony na zawsze!

Leander: Co mówisz! Do stu dział o sporym kalibrze!

Zerzabella: Niestety, to już zupełnie pewne. Dzisiaj wieczór mam zostać nagrodą literacką.

Leander: Ale to ci chyba nie przęszkodzi zostać moją żoną, a niech to szwadron dragonów podczas szarży!

Zerzabella: Niestety. Bo Doktor dzisiaj...

Leander: Co doktor dzisiaj? Mów, jakem kapral gwardii najemnych ochotników!

Zerzabella: Doktor ma mi zrobić dziś wieczorem...

Leander: Mów, moja kąchanko, co ci ma Doktor zrobić dziś więczorem?

Zerzabella: On ma mi zrobić... Nie mam odwagi dokończyć...

Leander: On ci ma to zrobić, co ci ma zrobić???!!!

Zerzabella: Tak właśnie. Ma mi dzisiaj zrobić rozprawę...

Leander: Nie bój się, Zerzabello. Będę przy tobie i zanim Doktor przystąpi do rozprawy, przeszyję go szpadą. Ręka, noga, głowa, brzuch!!!

Zerzabella: Ach, nie kończ, mdleję.

Leander: Ach, nie mdlej, kąchanko, bowiem w tym momencie będę miotał najstraszliwszymi przekleństwami, do czego potrzebne mi są dwie ręce, aby wygrażać mojemu przeciwnikowi. Jeżeli więc zemdlejesz, będziesz musiała leżeć na podłodze.

Zerzabella: Nie mdleję zatem, a ty miotaj, mój kochanku.

Leander: A niech to __________!!! Żeby go __________!!! Na dodatek __________!!! Jak ja go __________, to on się będzie długo __________!!!

Miota się po scenie wymachując pięściami. Wpada na wchodzącego Doktora. Wstają z podłogi. Leander podnosi płaszcz Doktora i nakrywa się nim. Wszyscy kłaniają się sobie nisko.

Kasander: Mam nadzieję, że pan Doktor nic sobie złego nie zrobił?

Doktor: Wprost przeciwnie, by tak rzec, ranion jestem w odnóże, a i z głową moją coś nie dobrze.

Zerzabella: Z pewnością coś niedobrze z pańską głową, skoroś tu przyszedł.

Kasander: A pan nam sprawił wielki zaszczyt, że pan również zechciał się z nami przewrócić. Ale niestety nie mam zaszczytu pana znać.

I z pewną dumą powiada do Doktora:

To pewnie jeden z tych literatów, których przyciągnęły tu odgłosy ustanowionego przeze mnie konkursu.

Zerzabella: Powiedz, że tak.

Leander: Tak, proszę pana, w samej rzeczy... jestem, jak pan to powiedział?

Kasander: Literatą.

Leander: Właśnie, literatą, którą przyciągnął tu konkurs odgłosów, które się stąd rozchodziły.

Doktor: Możnaż to wiedzieć, jakąż literaturę kolega uprawia?

Leander: O tak, uprawia... przyciągnęła mnie tu ta... litera...

Doktor: ...tura.

Leander: Taaak. Tura mnie też przyciągnęła i mam ją nadzieję uprawiać do końca życia.

Doktor: I gotów pan jesteś podjąć ze mną dysputę?

Leander: O tak, przede wszystkim jestem gotów złapać za dysputę. Pana nie, ale dysputę gotów jestem podjąć.

Doktor: A, w takim razie i ja jestem gotów przeprowadzić z panem dysputę na dowolny temat i w dowolnym języku, jaki pan zechce wybrać. Życzy pan sobie, żebyśmy mówili po hebrajsku, po chaldejsku, po syryjsku, po łacinie czy po grecku?

Leander: Możesz pan mówić po grecku.

Doktor: Bardzo chętnie. Oto mój temat.: "Menim aeide, thea, Paleiadeo Achileos oulemenem, e mori' Achaios alge etheke."

Zerzabella: Jestem zgubiona. Leander nie rozumie się na grece. Z pewnością zostanę nagrodą dla tego doktora. Żegnaj mój kochanku!

Leander: Panie Doktor, do stu tysięcy kwart gorzałki, a kto ci tę twoją grekę ułożył?

Doktor: Jak to, kto ułożył tę grekę? Pan się o to pyta? A któż inny mógł to zrobić, jak nie Homer! Kto inny, jak nie Homer, przemawiał językiem bogów? Kto inny, jak nie Homer...

Leander: E, wypchaj się pan ze swoim homarem. Dowiedz się pan, że jeśli pan wychwalasz swojego homara po grecku, to ja układam wiersze na cześć pięknej Zerzabelli. Zaraz będzie pan je sam mógł osądzić:

"Zgodnym dźwiękiem brzęknijcie tony fletu i basu,

(do tysiąca kartaczy i dwunastu dział!)

Żeby głośno opiewać bez większego hałasu

(a niech mnie kaci porwą, jeśli żem zełgał! )

Uroki Zerzabelli, a cnoty Kasandra,

(niech mnie mina wysadzi i urwie mi łeb! )

Chwalcie głośnym brzęczeniem na rozkaz Leandra.

(a kto ma co przeciwko, ten jest dla mnie kiep! )"

Zerzabella: O mój Boże, jakie to piękne! Och, jakie to piękne! Kiedy słyszę taki wiersz, od razu zgadzam się ojcze z twoją wolą i pragnę zostać nagrodą literacką.

Kasander: To jest istotnie bardzo piękny wierszyk.

Doktor: Być może, że to jest bardzo piękne, ale pozwoli pan zauważyć, że to bynajmniej nie jest greka.

Zerzabella: To na pewno jest greka. Już prędzej ten cały pański homar nie jest greką.

Doktor: Ależ zapewniam tu obecnych, że to nie greka.

Zerzabella: To jest greka.

Kasander: I to musi być doskonała greka, skoro ja wszystko tak dobrze zrozumiałem.

Doktor: Ależ proszę pana, ja mogę to udowodnić w prosty sposób...

Leander: Panie niby-doktor, pan sobie za dużo pozwala, pan twierdzi, że pan udowodni panu Kasandrowi? Panie Kasandrze, trzeba rzeczywiście mieć niemało tupetu, żeby takiemu człowiekowi jak pan prezentować jakąś tam niby-grekę.

Doktor: Nie żadną niby-grekę, ale...

Leander: Niech pan uważa, bo za pański tupet mogę panu coś powiedzieć jeszcze w innym języku, którego na pewno nie zna pan tak dobrze, jak ja.

Zerzabella: Idź pan sobie! No, idźże pan sobie!

I nieco brutalnie wypycha go za kulisę. Słychać krzyki, Zerzabella wraca uśmiechnięta.

Kasander: Tak jest, ma pan rację, że to greka, a pan, panie doktorze, oświadczam panu, że... Ale już go nie ma. Widocznie poszedł, bo uznał, że został pobity.

Zerzabella (zacierając ręce): Drogi ojcze, Doktor nie mógł uznać niczego innego. Może by miał jeszcze jakieś wątpliwości, gdybym mu na koniec nie dołożyła dwudziestu kopniaków. A teraz spieszno mi ojcze zostać nagrodą.

Kasander: Nic już nie może tamować drogi przeciwnościom, które stoją na przeszkodzie do waszego szczęścia. A mówiłem ci, że córka powinna we wszystkim słuchać swego ojca. Daję panu moją słodycz za żonę.

Leander: Przyznam się, że wystarcza mi słodycz panny Zerzabelli.

Kasander: I przekazuję po mojej śmierci wszystkie dochody, jakie przypadają z tytułu dożywotniej renty.

Leander: Ależ proszę pana, ja tego nie mogę przyjąć...!

Zerzabella: Możesz, możesz. Ja sobie tego życzę.

Leander: Klnę się na moją prostą szpadę...!

Zerzabella: Ty się tak nie klnij. I nie wymachuj tak tą swoją szpadą, Już ja znajdę sposób, żeby cię rozbroić.


Kasander demokratą


osoby:

Kasander

Zerzabella

Leander

Gil

Kasander: Jestem sam. Skorzystajmy z tego sprzyjającego monologu, żeby sprowadzić tu moją córkę i postawić wniosek w sprawie poślubienia przez nią męża, którego jej własnoręcznie przeznaczyłem. Nie mam najmniejszej wątpliwości co do jej zgody. Gdyby jednak przypadkiem, wbrew memu rozsądkowi, chciała skorzystać z prawa veta zawieszającego, którego nie ma prawa, dam jej po prostu sto kopniaków, uzyskując w ten sposób zdecydowaną większość, która daje władzy wykonawczej gwarancję skuteczności. Przystępuję zatem do wezwania imiennego. Zerzabello! Zerzabello!

Zerzabella: Jestem, ojcze. Byłam akurat w pobliżu i widziałam, jak mówisz do siebie. W dodatku tak głośno, że głuchego byś obudził ze śmiertelnego uśpienia. Zbliżyłam się więc i w ten sposób się dowiedziałam, że masz dla mnie dwie propozycje, z których jednak tylko jedna wydała mi się interesująca. A zatem chcesz mi przydzielić męża i sto kopniaków. Z wrodzoną słodyczą pragnę ci wszakże oświadczyć, że gdy chodzi o męża, to jeśli mi będzie odpowiadał, chętnie go sobie zatrzymam, bowiem i ja noszę się już od pewnego czasu z pomysłem odmienienia mojego panieńskiego stanu i urozmaicenia go jakimś nadobnym kochankiem, co do kopniaków zaś, to ponieważ nigdy nie czułam do nich jakichś szczególnych skłonności, pozwolę sobie oddać ci je wszystkie co do jednego jeszcze zanim zdążysz mi je podarować.

Kasander: Nie unoś się, moja córko. Prawdą jest, że mówiłem głośno, ale miałem po temu istotne powody, i nadal będę przemawiał w ten sam sposób, bowiem nie skończyłem jeszcze mojej ekspozycji. Wobec tego, moja droga córko, weź sobie krzesło, żebyś mogła usiąść wygodniej niż wtedy, kiedy nie siedzisz, a na ten przykład stoisz. W dalszym ciągu zaś słuchaj, co mam ci do powiedzenia. W ten to sposób najlepiej i najdokładniej zapoznasz się z tym, co ci jest już dawno wiadomo, abyś mogła całą sprawę gruntownie rozważyć, zanim podejmę ostateczną decyzję.

Zerzabella: Drogi ojcze, cała tak ekspropozycja to okropne bzdury, ale ponieważ obowiązkiem posłusznej córki jest słuchać bzdur, które ma jej do zakomunikowania ojciec, więc siadam.

Kasander: Wystarczy. Słuchaj. Urodziłem się w łonie zacnej rodziny. Rodzice moi nie zaniedbali niczego, aby dać mi staranne wykształcenie...

Zerzabella: Ależ, kochany ojcze, przecież mówiłeś mi sto razy, że nie masz pojęcia nie tylko kto jest twoim ojcem, ale nie znasz również swej matki.

Kasander: Proszę o spokój! W dalszej części mojego przemówienia wrócę jeszcze do tej sprawy, która nie jest tak prosta, jak by tego chciał twój prosty umysł. Nie przerywaj mi, bowiem dobrze wiem, jak należy zaczynać przemowę i co mówić, jak się już zacznie. Otóż mianowicie rodzice dali mi staranne wykształcenie. Wkrótce przekroczyłem ich najśmielsze oczekiwania i zacząłem się wyróżniać pośród moich szkolnych kolegów, co zauważywszy, moi nauczyciele zgodnogłośnie wyrzekli się mnie jako, że rokuję nadzieję na polityczną karierę.

Zerzabella: Ależ ojcze, nie wiem, czy poranna jajecznica tak wzburzyła twój umysł, czy też miało na to wpływ twoje wieczorne opilstwo, ale pragnę ci przypomnieć, że ty nie umiesz ani czytać, ani pisać, a szkołę widziałeś tylko dlatego, że stała opodal szynku.

Kasander: Cicho bądź! Tylko prymitywne umysły sądzą, że sprawy są takie proste i jednoznaczne. Jeszcze do tego powrócę w dalszej części mojego przemówienia. Otóż mianowicie, wkrótce zacząłem się wyróżniać wśród swoich szkolnych kolegów. Następnie musiałem sobie wybrać jakiś zawód. Wybrałem więc działalność handlową.

Zerzabella: Znam tę historię, ojcze. Sprzedałeś spodnie swojego ówczesnego opiekuna, który tylko dlatego cię nie utłukł, że nie wypadało mu gonić cię po ulicach bez tej newralgicznej części swojej garderoby.

Kasander: A zamilknijże wreszcie. Widzę, że nie do końca zrozumiałaś to, co do ciebie uprzednio mówiłem. Otóż mianowicie, wybrałem działalność handlową, która jest, jak to się mówi duszą kupiectwa. Urodziłem się na przedmieściu. Mogłem tam żyć i umierać, ale moje upodobania ciągnęły mnie w dalekie strony. Założyłem więc faktorię nad brzegiem Sekwany, niedaleko Wyspy Łabędziej i poświęciłem się całkowicie zbawczej działalności na rzecz ludu, który tak umiłowałem, mianowicie wyrobowi serów przeznaczonych do konsumpcji tego poczciwego ludu, tak niemiłosiernie oczernianego przez swoich prześladowców. Ale zdaje się, że śpisz, moja córko!

Zerzabella: Nie, nie... już idę...

Kasander: Czy mam ci powtórzyć to, co powiedziałem?

Zerzabella: Nie! Nic mi nie powtarzaj!

Kasander: A zatem nigdzie nie chodź i słuchaj... Otóż mianowicie, niemiłosiernie oczernianego przez swoich prześladowców. Ktoś inny na moim miejscu może by uprawiał sery w Ameryce, ale ja, będąc demokratą i mając morską chorobę, nie chciałem złota zbrukanego krwią tych nieszczęśników, którzy aczkolwiek nie są czarniejsi od ciebie, moja droga Zerzabello, nie mniej są naszymi braćmi niż gdyby nimi nie byli.

Zerzabella: Czy nie mógłbyś mi tej historii powiedzieć z wieczora. Muszę przyznać, że bardzo łatwo zamyka mi ona oczy. Długo będzie to jeszcze trwało?

Kasander: Tak, bo chodzi przede wszystkim o to, żeby wykazać, iż zawsze byłem szczerym demokratą, jeszcze zanim ktoś wymyślił tę całą demokrację. Otóż mianowicie, następnie poślubiłem twoją matkę i przyszłaś na świat w dwa lata po naszym ślubie.

Zerzabella: Mówiłeś zawsze, że to były dwa miesiące.

Kasander: Jeszcze wrócę do tej sprawy. Zresztą czas nie odgrywa tutaj żadnej roli, ale uczucie, jakie żywiłem do twojej biednej matki. Otóż mianowicie, nielitościwy los zabrał mi ją i odtąd sam poświęciłem się twemu wychowaniu. Wynagrodziłaś mi moje trudy i stałaś się feniksem.

Zerzabella: Drogi ojcze, z twego łona spływa na mnie wrodzona ci macierzyńska pobłażliwość, ale ja nigdy nie miałam nic wspólnego z feniksami!

Kasander: Bez fałszywej skromności, moja córko. Znam się dobrze na feniksach i zapewniam cię, że jesteś jednym z nich. Ale nie przerywaj mi bez przerwy. Otóż mianowicie, poświęciwszy się całkowicie trosce o twoje wychowanie, zaniedbałem niestety swoje interesy.

Zerzabella: Wydawało mi się dotąd, drogi ojcze, że twój interes upadł, gdyż troszczyłeś się po całych dniach wyłącznie o to, aby nie wytrzeźwieć.

Kasander: Cicho bądź! Opacznie wszystko rozumiesz. Wrócę jeszcze do tej sprawy w dalszej części przemówienia. Otóż mianowicie, w trosce o twoje wychowanie zaniedbałem swoje interesy. Dzisiaj, kiedy na świecie zapanowała równość, mojego służącego Gila uczyniłem moim pierwszym zastępcą, żeby zaś inni nie poddawali w wątpliwość jego tytułu, nikogo poza nim nie zatrudniam w kantorze. Zrobiłbym go nawet swoim kasjerem, ale, niestety, nigdy nie miałem kasy. Przezorność doradzała mi zawsze, aby pieniądze, czerpane ze sprzedaży serów, chować do skarpety, zamiast pakować je w ryzykowne przedsiębiorstwa publiczne... Już tam na nie czyha dosyć złodziejskich bankrutów i sprzeniewierców. Niestety, okazało się właśnie, że wszystkie moje skarpety były dziurawe, gdy natomiast pośród garderoby Gila znalazły się jakieś całe.

Mówiłem ci, droga Zerzabello, żebyś nie spała!

Zerzabella: Ależ ojcze, już nie mogę wytrzymać, jak pleciesz te swoje banialuki.

Kasander: Poczekaj, zaraz będzie koniec. Otóż mianowicie, rewolucja zrujnowała handel. Spożycie serów zaczęło się zmniejszać z dnia na dzień. Doszedłem do wniosku, że wszystkiemu winien brak środków obrotowych. Postanowiłem więc Gilowi i jego skarpetom przekazać cały interes, albowiem nie przynosi mi on już żadnej przyzwoitej dywidendy. Jednocześnie Gil dostanie ode mnie prezent bardziej niezwykły, aczkolwiek mniej pospolity: dam mu za żonę moją miłą Zerzabellę.

Zerzabella: O psiakość! To do tego zmierzały te wszystkie wzniosłe metamorfozy! Odpowiem ci wprost, bez żadnych wykrętnych oblegorii, że nigdy nie zostanę żoną twojego służącego Gila. Wyjdę za mąż wyłącznie za pana Leandra, którego kocham i który jest moim kochankiem od pierwszego wejrzenia.

Kasander: Ho, ho, córeczko! Cóż to za demagogiczny ton! Zechciej mnie poinformować, kim jest ten twój Leander? Czy to arystokrata, czy demokrata? Czy jest on aktywnym obywatelem?

Zerzabella: Drogi ojcze, nie mówię żadnym dekalogicznym tonem. Pan Leander nie jest ani Demokratesem, ani Arystokratesem. To jest bardzo uczciwy Leander, a wierzaj mi, że jego ręce są czasem niezwykle aktywne, w dodatku musi być bardzo dobrym szlachcicem, bo zawsze nosi szpadę u boku.

Kasander: O! Nieszczęsna! Chcesz poślubić znienawidzonego szlachcica?!

Zerzabella: Zechciej mówić za siebie, mój ojcze, gdyż ja zgoła nie czuję do niego żadnej odrazy.

Kasander: Córko wyrodna i podrzutku!

Zerzabella: Zechciej zauważyć ojcze, że to ciebie znaleziono w pokrzywach! Może zresztą stąd pochodzi ta twoja kwaśna natura.

Kasander: Gdyby konstytucja przewidywała kopniaki, zaraz bym cię nimi własnoręcznie poczęstował. Ale zdaje się, że odbiegam od porządku dziennego. Zamykam posiedzenie, zostawiam cię twojemu arystokracie i wydziedziczam!

Wychodzi.

Zerzabella: Oto jak szpetnie ze mną postąpił sprawca moich dni. Ładnie mnie urządził! Że też musiałam się wygadać o urodzeniu Leandra! Tak naprawdę to nie wiem, jak on jest urodzony i czy w ogóle został urodzony... Ale, proszę, oto i sam Leander. Mój Boże, jaka obrażona mina!

Leander: Ręka, głowa, krew na ścianie! Do stu par dekretów i najjaśniejszej konstytucji! Milion fur beczek, batalionów, okrętów...!!!

Miota przekleństwami. Przewraca meble. Nadbiega Gil.

Gil: Cóż się, u licha, stało z naszym panem Leandrem? Po cóż pan wyprawia tu to całe czarcie wesele?

Leander: Do stu furgonów ciężkich pocisków! Tysiąc szwadronów dragonów! Gdybym nie powstrzymał mego gniewu, to bym nadział na szpadę całe Zgromadzenie Narodowe!

Zerzabella: Ależ drogi kochanku, co ci ono takiego zrobiło?

Leander: Ty się jeszcze pytasz, co mi ono zrobiło? Zaraz się dowiecie, co mi ono zrobiło, nędzni plebejusze! Zgromadzenie Narodowe zabroniło ozdabiać herbami drzwiczki karet!...

Gil: No to co? Przecież pana to nie dotyczy.

Leander: Jak to mnie nie dotyczy, nikczemny motłochu!? To może ja nie mam herbu, co?

Gil: Może pan tam i ma jaki herb, ale nie ma pan karety, a zatem nie ma pan drzwiczek.

Leander: Milcz, szumowino! Jeśli nie mam karety, to tylko dlatego, że wolę kabriolet, bo lżejszy.

Gil: Ale i kabrioletu też pan nie ma.

Leander: Nie mam kabrioletu, bo zbyt wywrotny! Zresztą to nie twoja sprawa! Ale wiedz, chudopachołku, że to jeszcze nie wszystko! Nie będzie wolno również umieszczać herbów nad bramami pałaców. Uważam, że Zgromadzenie Narodowe poważnie przekroczyło...

Gil: No i co, że Zgromadzenie coś tam wyknociło. To pana też nie dotyczy, bo pan nie masz pałacu.

Leander: Nie mam pałacu? Bezczelność! Jeżeli nie mam pałacu to dlatego, że mieszkam na prowincji. Wprawdzie odkąd rozszerzono granice miasta, moje posiadłości znalazły się w obrębie stolicy, ale to nie znaczy, gałganie, że nie mogę mieć pałacu! Zresztą to jeszcze nie koniec! Zgromadzenie zakazało używania liberii.

Gil: No i co to panu przeszkadza, przecież pan nie masz służby!

Leander: To ty nie wiesz, obwiesiu, że moja matka miała służącą, która tylko dlatego nie nosiła liberii, że była u nas w charakterze damy do towarzystwa?!

Gil: Ależ panie Leander...

Leander: Ależ panie bezczelny mądralo! Już dosyć się nasłuchałem twoich impertynencji! Świat upada już do tego stopnia, że małowiele, a byle kto będzie mógł okradać każdego! Jak się czuć bezpiecznym w takim kraju!? Widzę, że konieczna jest kontrrewolucja i zaraz ją tu zrobię! Tyle przynajmniej dokażę!

Lenader bije Gila, przewraca go na ziemię, Gil wrzeszczy, hałas sprowadza Kasandra.

Kasander: Co to za hałasy, co się tu dzieje?

Gil: Ostrożnie, proszę pana. Pan Leander robi kontrrewolucję.

Kasander: Co takiego? Kontrrewolucję?! Ja na to nie pozwolę! Mój panie, niech panu będzie wiadomo...

Leander: A czego tutaj chce ten stary cap?

Bije Kasandra, rzuca się na Gila, potem zwraca się do Zerzabelli.

A ty, moja panno, wiedz, Ze gdybym nie był z powołania rycerzem, dla którego płeć piękna jest nietykalna, to bym się obszedł z tobą, jak z tymi dwoma chłystkami. Przeszyłbym cię szpadą!

Zerzabella: Nie myśl sobie, drogi Leandrze, że przeszycie twoją szpadą napawa mnie lękiem.

Kasander: Mają rację ci, co mówią, że nie ma gorszej zarazy nad kontrrewolucję. Teraz już to wiem z własnego doświadczenia. Mam jednak sposób, aby nie dopuścić do tego, żeby rewolucja ogarnęła cały kraj. Ten Leander kocha się w mojej córce; dam mu ją za żonę pod warunkiem, że zrezygnuje na przyszłość ze wszystkich kontrrewolucji. W ten sposób zbawię ojczyznę i zasłużę sobie na order, o czym nie omieszkam ogłosić w gazetach.

Kasander wstaje s podłogi.

Proszę pana...

Leander: Co takiego?

Kasander: Czy pan wie, do kogo pan mówi?

Leander: Nie wiem. Wiem tylko, że zaraz panu połamię kark!

Kasander: Otóż, mój panie, ten kark należy do ojca Zerzabelli.

Leander: Wiedziałem, że Zerzabella jest mieszczanką, przeto mnie nie dziwi, że obiłem sprawcę jej dni.

Kasander: Ale chyba panu nie zależy na tym, żeby skręcić kark swojemu własnemu teściowi? Proponuję panu bowiem, abyśmy się związali więzami rodzinnymi.

Leander: Takich więzów szlachcic nie tknąłby gołą dłonią. Jednakże powaby pańskiej córki sprawiają, że przystaję na ten mezalians.

Zerzabella: Dlaczego nikt mnie nie zapyta, czy ja się na to małżeństwo zgadzam?!

Kasander: Ależ, moja córko, dla ojczyzny wszyscy się winniśmy poświęcać.

Leander: Ależ moja Zerzabello, jeśli nie zostaniesz moją żoną, to z rozpaczy zrobię taką...

Zerzabella: No dobrze, zgadzam się.

Kasander: Czy zatem przyrzeka pan nie myśleć już o kontrrewolucji?

Leander: Przyrzekam, ale pod jednym warunkiem, że dostanę od pana dwa pokoje.

Kasander: Bardzo chętnie. Tyle właśnie mam w domu, wliczając w to kuchnię i alkowę.

Leander: Wystarczy. Zgoda.

Wszyscy mówią, że dostać dwa pokoje w tym mieście graniczy z cudem, a mnie się udało od razu. Cha! Trzeba się znać na polityce.

Kasander: Dzięki mojemu zmysłowi ugodowemu kontrrewolucja została zażegnana. A na dodatek ja sam mogę się od dzisiaj czuć arystokratą.

Leander: Zerzabello, możesz być spokojna o naszą przyszłość. Teraz już możemy szaleć z nadmiaru szczęścia.

Zerzabella szaleje z nadmiaru szczęścia.

A swoją drogą, mając mieszkanie i skromny dochód, warto by go pomnożyć. Może powinienem teraz pomyśleć o tym, aby zostać demokratą, zapisać się do tej ich partii?

Gil: A jak pan znów będzie chciał zrobić jakiś przewrót, to niech mnie pan uprzedzi, żebym mógł zawczasu czmychnąć.

Zerzabella: Nie ma obawy, już ja mu dam takie zajęcie, że odechce mu się wszystkich kontrrewolucji.


Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.