Mirosław Orzechowski - galeria literacka

Jeżeli byłeś



*     *     *

Jak droga, którą szybko przejeżdżasz i nawet

Nie spojrzysz poprzez okno,

Bo ją tyle razy

Widziałaś. Jak wyrazy,

Których używałaś,

Więc nie ma co się wzruszać

Czy też wpadać w zachwyt.

Jak sieć o wielkich okach w przestrzeni rozpięta,

A wiatr przez nią swobodnie może przelatywać,

Ani rybak mnie nie chce,

Bo mu rzeka wyschła,

Z nią też ostatnia wyschła do złowienia ryba.

Nawet cię nie przeklinam,

Że kiedyś odeszła,

Noc jest dla mnie za długa,

A dzień końca nie ma.

Czekam tylko, że wreszcie brzask kogoś obudzi,

Że wreszcie się poruszą ludzie, koty, ptaki.

Odeszłaś, prawda, ale jednak byłaś,

A więc byłem bogaty

I umieram taki.


Piekło nie może

Niemal się rany wszystkie pogoiły,

Już niemal słońce zjawiało się z rana,

A z nim zjawiały się zdrowie i siły,

Gdy się zjawiła moja ukochana

Na wernisażu, jako jedna z wielu,

Z całego tłumu przy głosie i winie.

Ot, wałęsała się jakby bez celu,

By ją obrazy wciągnęły jedynie.

Po cośmy kiedyś przechodzili na ty?

Nie wystarczyło z daleka uśmiechu,

Niźli się wplątać nawzajem w swe światy

Dla pospiesznego uczucia i grzechu?

Może by teraz niezauważona

Przeszła i tylko zahaczyła słowem,

Żaden by nie był skurcz, że właśnie ona,

Chce mnie w poważną zaciągnąć rozmowę.

Jak inne twarze, z tym samym wyrazem,

Może ładniejsza, a może i nie tak,

W jeden by obraz rozlała się razem,

Żaden by wyróżnienia nie spotkał jej nietakt.

I tak bezpiecznie by było nie widzieć

I tak by błogo było w nicość patrzeć,

Nie myśleć, że deszczowa może chmura idzie,

Nie wiedzieć, że ktoś może trochę więcej znaczyć.

Być przekonanym, że jakoś to będzie,

Nawet jeżeli jutra nie znajdziemy.

Zamiast rozważać najlepsze narzędzie

Dla roztrzęsienia na proch całej ziemi,

Która zawadza, która pod stopami

Stawia nam opór, aby w piekło zlecieć.

Jeśli jej nie ma, po cóż mi być z wami,

Może tam wreszcie znajdę się w swym świecie.

Piekło nie może mnie niczym zaskoczyć,

Skorom jej teraz spojrzał prosto w oczy.


Więc czemu mi się zdaje

Przejeżdżam przypadkowo

Obok twego domu.

Późno jest już i ciemno.

Nad drzwiami światło błyszczy.

Widać cię czekają.

Domyśleć się łatwo,

Że późne spotkanie

Masz jak tamte, co kiedyś

Miałaś często ze mną.

A więc się normalnymi

Posuwa torami

Świat cały, pory roku

Toczą się przed nami.

Żaden ich, jak mnie czasem,

Nie toczy niepokój,

Więc czemu mi się zdaje,

Że coś jest inaczej,

Że za mało powietrza,

W słowach mało znaczeń

I że wszystko powali

Trudność pierwsza lepsza?


Co wtedy powiem

Krok za krokiem

Układam w rzędzie.

Na mokrym asfalcie wyciskam

Na chwilę po bucie ślad,

Burząc na moment, nie dłużej,

Spokój mżawki i ład,

Jesienny ład,

Porządek pustych już drzew.

"Wiesz,

Miłość jest,

Jeśli niewielka,

Zbrodnią przeciw miłości,

Lecz jeśli zmieni się nagle w jedyną treść,

Jaką jest w stanie pojąć człowiek,

Też zbrodnią się okazuje,

Lecz przeciw sobie."


Skoroś nas wtedy nie poraził gromemm

Powtarzam, tak jak Antonina,

Zaklęcia do Boga i świętych.

Ona niestrudzenie, ja czasem.

Ona jak do sąsiada o drobną przysługę,

Ja jak pies zakopaną kość go czuję,

Wściec by się nawet, lecz znaleźć.

Ona ze mnie żartuje:

"Ty jesteś, kochany, poganinem,

Ty najprostszych rzeczy nie rozumiesz."

Ale czy tobie, Boże, to nie odpowiada,

Czy nie warto z poganinem pogadać,

Ustąpić z tajemnicy odrobinę?

Toż Antonina również w żadnej mierze

Nie jest ortodoksyjna, przecie ona bierze

Twoje wywody jak makaron. W sosy

Je wsadza własne i dopóty moczy,

Aż je przekona i ten smak im nada,

Który nie tobie lecz jej odpowiada.

A ja, że w duszy pustą czuję przestrzeń,

Tak jak naczynie próżne, choć próżny nie jestem,

Zawsze gotowy, by coś w sobie nosić,

Czy ja już o nic nie mogę cię prosić?

Tylko o jedno i zamilknę potem -

Oddaj mi moją kochankę z powrotem.

Skoroś nas wtedy nie poraził gromem

Za to, żeśmy grzeszyli w cieniu za twym domem,

Za to, żeśmy z miłości i bluźnili nieraz,

Czy jest sens jakiś rozdzielać nas teraz?


Kiedym na chwilę

Kiedym na chwilę dotknął moją miłą,

Tak mi się zdało, że jej wcale nie ma.

I rzeczywiście nigdzie jej nie było.

A kiedym potem za telefon chwycił,

By rzucić słowo na dowolny temat,

I w telefonie nie rozbrzmiały dźwięki,

Ani słuchawki nie było ni ręki,

Co by ją mogła przy uchu przytrzymać.


Chociaż znak mnie przestrzega

Noc mi zmory podsyła

Z błyszczącymi oczyma,

Las cień rzuca na drogę.

Księżyc chwilę przed nowiem,

Więc też ciemno i tylko

Z śniegu widać, że zima

Już ofiarę schwyciła

I choć tamta się szarpie,

Ona pewnie ją trzyma.

Chociaż znak mnie przestrzega:

Zwolnij, ona poczeka,

Choć z mandatem czekają

Przemarznięci do kości

Policjanci, wpatrując się w drogę,

Z której strony przyjechać mogę,

Ale gnać mi do ciebie z miłości,

Nie zostawić mi cię ni na chwilę,

Bo miłości ani na chwilę

Bez opieki zostawić nie można,

Bo się gubi w kosmosie,

A spory jest kosmos.

I poza tym jak mogę

Nie przekroczyć prędkości,

Kiedy ty tam gdzieś właśnie

Czekasz na mnie pół nocy,

Lada moment już pewnie zaśniesz.


Alkohole  albo  miłości  nieczyste



Jeśli z kimś się pożegnam

Już czas mi się zatrzymał i nie bieży dalej,

Jakby przeszłość i przyszłość nie istniały wcale,

A tylko ten szum w uszach od ich nieistnienia.

Skoro zaś czasu nie ma, nic też się nie zmienia.

Moje życie jak muszla, gdy ucho przyłożę,

Wyobraźnia mi mówi, że tam szumi morze.

Ale żadnego wiatru, ale żadnej fali,

Tylko ten monotonny szum się weń ustalił.

Jeśli z kimś się pożegnam, to jedynie z tobą,

Ucieszna przyjaciółko z radosnym uśmiechem,

Sama tak jak mgła zwiewna i całkiem bezgrzeszna,

Przez co mnie wstrzymywałaś też przed wszelkim grzechem.


Alkohole

Jak człowiek pije różne alkohole,

Tak się z kobietą różną zadać trzeba -

Sączyć po trosze smak błękitu nieba,

Czasem ugrzęznąć w bezdennym padole,

A czasem zapach wdychać słów miłości

Przez telefony, poprzez długie listy,

Z których wynika, żeś dobry i czysty,

A takich słów nie będzie nigdy dość Ci.


Przyciąganie

Kobiety raz nam sprasza powodzenie,

Raz się znajdują jak przekleństwo losu,

Raz są ciche, a czasem nie chcą cię do głosu

Dopuścić, raz się stają tragedii zwieńczeniem,

Albo światłem latarni, co oświetla ziemię

I wabi silnie, że nagle popadasz w krążenie,

W pogoni biegniesz za tym, co jest światła cieniem,

Czego nie ma, a przecie przyciąga do siebie.


Tysiącletni obrót

Najgorsze są jak chwasty, co trwają tak mocno,

Tak potrafią czym nie są wydusić dokładnie,

Że kiedy je już zdusisz, nic nie pozostanie,

Żadne inne uczucia w tym gruncie nie wzrosną.

Ale przecie, gdy myślisz kiedy o miłości,

To najprzedniejszą znajdziesz u owej kobiety,

Która jest tak jak astma, nie u tej - niestety -

Co pewna, ale u tej która nie da dość ci

Siebie, a to też dla wielu powodów,

Bo albo się ociąga, albo jej za wiele,

Ciągle się nową stroną odwraca ku tobie,

A tysiąclecia może potrwać cały obrót.


Wybrana kobieta

Siedzisz koło mnie w moim samochodzie.

Jest tutaj miejsce dla wybranych kobiet,

Które się mogą na nim czuć swobodnie,

Bo wiedzą przecie, że mimo żem złodziej,

Na kierownicy muszę trzymać ręce,

Więc tylko spojrzę, kiedy prostą jezdnią,

Więc tylko ręką wyczuję obecność,

Ale nie mogę nic uczynić więcej.


Zrozumienie

Dla zrozumienia różnych chwytałem sposobów -

Znaki własne stawiałem na twym ciepłym ciele,

Ale na nic się zdały, bo w rwącym potoku

Zlewały się na powrót szlaki moich żłobień.

Bo zrozumienie rzadziej z geometrią kroczy,

Ono bardziej z zapachu i smaku wynika,

Więc na język wziąć trzeba, więc trzeba oddychać.

Nie patrzeć, lecz próbować, nawet zamknąć oczy.


Innej różnicy między nimi nie ma

Tylem nawołał się o twą asystę,

Że memu życiu niczego nie trzeba,

Jedynie do twych myśli jakiś przystęp,

Do twego świata furtka odemknięta.

A teraz nawet już o tym nie myślę.

Myśl się rozwiała, pragnień żadnych nie mam,

Jedynie byś mnie za rękę trzymała,

Gdy przejść mi będzie od piekła do piekła.

O tyle tylko tamto będzie lepsze,

Że jak powiadasz - razem tam trafimy,

Gdy tutaj już na zawsze cię nie będzie.

Innej różnicy między nimi nie ma.


Jakże być może...

Często budziłem się pośrodku nocy,

Bojąc się wdechu, bezszelestnie leżąc,

Jeszcze w milczący rozum wyposażon

I w najdziwniejsze jeszcze cuda wierząc,

Lecz jedno mając nie do uwierzenia,

Jedno, co mi się w głowie nie mieściło,

Że skoro właśnie jestem, jakże mogły

Być takie czasy, kiedy mnie nie było.

Potem się nagle sprawy odwróciły

I dziś mnie gnębi odmienny dylemat,

Jakże być może, że choć byłaś przecie

W całym konkrecie, to teraz Cię nie ma.

Czy ja też zniknę ze swojego życia,

Tak jak mnie nie ma już dziś w twoim świecie?


*     *     *

Wciąż cię widzę jeszcze - siedzisz obok,

Obecnością swoją wciąż speszona,

W mym pokoju wynajętym na dobę.

Nogi najpierw ujmujesz w ramiona,

Na kolanach lekko kładziesz brodę

Włos niesforny podtrzymujesz ręką

I tak ciemność zastaje nas prędko

Pośród zdań rzuconych mimochodem.

Ktoś cię szuka na zewnątrz i czeka,

Do powrotu się stara nakłonić.

Chociaż dłoń swą chowasz w mojej dłoni,

Przecież tylko dla żartu uciekasz

I powrócisz pewnie lada moment.

Zmyć zapachy po katastrofie

Trzeba będzie. Wraz z ostatnim stopniem

Schodów zyskasz na powrót rozsądek.

Na ulicę wyjdziesz swobodnie

I zatrzymasz się dopiero przed domem.

Jasne światło będzie widać w twym oknie

Przez tych, co czekają, zaświecone.


*     *     *

Ludzi można minąć o przecznicę,

O godzinę, o jeden moment.

My minęliśmy się o lat kilkanaście.

Każde zatem musi iść w swą stronę

Nie spojrzawszy nawet ku sobie.

W złym się czasie spotykamy - mówię do niej.

Ona na to, że w najlepszym chyba,

Skoro tak gwałtownie się łakniemy,

Skoro tak nas ta bliskość porywa.


Suknię szarą włożysz

Kiedy cię już codzienność jak sen płytki zmorzy,

Mimo wszystkich wysiłków magicznych i męża

Wybuchowej miłości, gdy zacznie zwyciężać...

Tak jak sztandar rozpaczy suknię szarą włożysz.

Kiedy kochanek przyjdzie niemierzalny miarą,

Którą można przyłożyć do świata dokoła,

Kiedy trudno go wstrzymać lub choćby zawołać,

Tak jak sztandar rozpaczy suknię włożysz szarą.

Kiedy potem on zniknie i marzenia utnie,

I z rozsądkiem zostawi, którego za mało -

Powrócisz do porządku, by się nic nie stało

I jak sztandar rozpaczy włożysz szarą suknię.

To, jak starannie leży, inni podziwiają,

Gładka, szara materia, pojęcia nie mając,

Że to nie wyraz mody, że inne coś znaczy,

Gdy nosisz tę swą suknię jak symbol rozpaczy.


Sto światów, sto porządków

Chcę świat rozdzielić na sto równych części,

By każda mała cząstka więcej nie znaczyła

Niżeli wdech i wydech, żeby też jej więcej

Nie łaknąć niż się łaknie drobnych rzeczy siła.

A w każdej cząstce stawię, jakby jądro rzeczy,

Kobietę, która będzie mi ustanawiała

Porządek. Sto porządków - choćby miały przeczyć

Sobie wzajem - nie ważne, tyle jest bez mała

Paradoksów z mądrości i rozsądku strony,

Co z mego świata, który od rozsądku uwolniony.


Stary mężczyzna o ptasich ramionach

Stary mężczyzna o ptasich ramionach,

Na których zwisał nieprzemakalny płaszcz,

Siedział wpatrzony w przestrzeń na drewnianych schodach,

Wzrok mając już nieświeży i nieświeżą twarz.

I tylko kwiaty w papier zawinięte

Były czerwone czyściutką czerwienią

Taniutkiej szminki w torebce dziewczęcej,

Jakby to pewne było, że się już nie zmienią.

Jakże on długo musiał tutaj czekać.

Może już nie pamięta, po co i na kogo...

Wzrok słaby, a ktoś musiał chcieć przybyć z daleka...

Może gdzieś się pomylił, poszedł inną drogą,

Tylko on tutaj siedząc jeszcze nie wie o tym

Zestarzał się, tak reaguje ciało na czekanie,

Nawet gdy miłość wciąż świeża zostanie -

Stwardniały zarost i wygasłe oczy.


Bo świat nie ma podszewki i żadnego środka

Wieszam Ci w oknie widok, abyś zobaczyła,

Co chcę, abyś widziała i taka jest siła

Tego widoku, że cię aż do trzonu wzrusza,

Że ciało jest spokojne i w bezruchu dusza.

Choćby było niż mówię już całkiem inaczej,

To nie odnajdziesz dróg właściwych, znaczeń -

Jeżeli są właściwe - ale moje drogi,

I do moich jedynie dochodzić przeznaczeń

Będziesz. Nie dla wszystkich prawdę

Stworzę, ale tę jedną, wyłącznie dla ciebie.

I nie wyjdziesz z tej prawdy, bo z niej wyjść nie można,

Bo świat nie ma podszewki i żadnego środka,

Bo świat jest tym, co widać i co można poznać.


Do Zochy w czas jej toalety

Kot ma szczęście, że mięso z niego nieszlachetne.

Może wylizać futro bez obawy żadnej,

Że mu go z grzbietu zedrą, bo bezużyteczne.

Podobno jeszcze okiem można miłość zwabić,

Ale też powiadają, że to nieskuteczne,

Więc po cóż niepokoić i po cóż cię zabić.


Krótkie strofy o miłości

1

Miłość jest jak koczownik, jak jakiś nomada.

Niby przyjąć by trzeba, że mierzy na wieki,

Ale potem ogniska wygasza, pastwiska

Ogołocone rzuca. Tak je ogołaca,

Że źdźbła nadziei nań nie pozostawia.

To dobrze, że jej nie ma najwięcej, bo przecie

Przez nią by życia nie było w tym świecie.

2

Miłość jest gdzieś poniżej miejsca, gdzie wypada,

Gdzie od wieków ją pragną usadzić poeci.

Ona na kiszkach brzdąka i żołądkiem włada.

Jeszcze nienarodzone pewnie czuć tak dzieci,

Jak kochanka, gdy w środku rozpycha się, wierci...

A gdy się ma narodzić, to tylko dla śmierci.

3

"Upał jak w każde lato i z tą ciążą, miły,

Trudno mi iść po schodach, w domu nie mam siły

Patrzeć na wszystko, na co z lubością patrzyłam,

Póki we mnie ktoś inny był lub puste były

Mego domu zakątki i zakątki ciała,

Póki miłości twojej odmiany nie znałam."


Bywa...

Grzeszna miłość nakłada wędzidła nieprawdy

I bluźnić dla niej musisz, oszukiwać, zdradzić.

Grzeszna miłość na mchu się, na ziemi rozpostrze,

W środku lasu, by grzesznym przeszywać cię ostrzem.

Grzeszna miłość się nigdy sama w mech nie zmieni,

Bo prędzej się doczeka śmierci niż jesieni.

Czasem ją letniość schwyci, czasem tchu zabraknie.

W chwilę się przebudzimy, jakby to ostatnie

Było, co nam się zdarzy, a więc z nową siłą

Zagłębiamy się w sobie. Wszak to jednak miłość.

A potem, po zachodzie, w fotelach trzcinowych

Obmyślamy marzenia, planujemy nowy

Dzień, miesiąc, życie całe, planujemy podróż,

Gdzie grzechu czy miłości nikt nam nie wypomni.

Bo przecież nic innego nie możemy zrobić,

Bywa - miłość jest grzechem, bywa - przeciw komuś.


Trzeba nam było...

Po środku sennych widziadeł się zrywam.

Trzeba nam było na mchów jasny dywan

Ciał nie układać i w jedno nie łączyć.

To grzeszna miłość i żadnej radości

Nie może przynieść. Czemu więc przynosi?

Czyśmy zepsuci przez chęć do miłości?

Czy nas ta miłość w piekła otchłań strąci,

Gdzie pewnie czuć się jak u siebie będziem.

Jakaż to nowość, kiedy piekło wszędzie.


Jeszcze mi pozwól....

Pozostań chwilo, jeszcze się nie przebudź,

Jeszcze mi pozwól nie myśleć, że muszę,

Tak jak zazwyczaj, uruchomić duszę,

By mnie powiodła w tę moją codzienność.

Jeszcze mi pozwól na ciała drętwotę,

Która od śmierci mnie tyle oddala,

Że teraźniejszość niszczącą zapala.

Niechaj nie będzie nic przedtem, nic potem.


Na szczęście mogę...

Te dni, kiedy się chodnik pokrył białym błotem,

Wieczory, kiedy burza, a my z winem białym

I światło migających płomyków za całe

Życie, to mi się jawi w marzeniach z powrotem.

Wieczory, kiedy burza, a my z winem białym.

Poranki, kiedy nie ma przeszłości niczyjej,

A my jesteśmy czyści, choć pachnący potem...

Nikogo, kogo można odrzucić czy zabić...

Wyczerpani bliskością, od czułości słabi...

A my jesteśmy czyści, choć pachnący potem.

I nie ma żadnej nocy, gdy się ktoś dobija,

I nie ma telefonów, nie ma zgrzytów w zamku,

Jest ciepło ciał i słowa zaledwie słyszalne,

Jedynie miłość nagła z oczu nam przebija.

I nie ma telefonów, nie ma zgrzytów w zamku.

Na szczęście mogę jeszcze wskrzesić cię, bo przecie

Słowem cię mogę zwołać, z koloru ulepić.

Na tyle głuchy jestem, tyle jestem ślepy,

Że każde brzmienie starczy, że z pyłu cię wzniecę.

Słowem cię mogę zwołać, z koloru ulepić.


O twej doskonałości

Zarzut mi stawiasz, że tyle kochanek,

Że wszystkie one najprzedniejsze z pierwszych,

Kiedy winienem wierność umiłować.

Mówisz, że przez nie w piekło się dostanę.

Prawdą poniekąd są wszystkie twe słowa,

Lecz ja po tobie jedynie tak płaczę.

Chociaż są doskonałe, chociaż się starają

Olśnić, dopiero razem ciebie mi oddają.


Bowiem jesteśmy tak w rozmowie sprawni

Rozmowy po cichu, bo tak tylko można

Pomiędzy przyjaciółmi czułe tajemnice

Wymieniać. Ogień tli się, dym ciecze z ostrożna

W powietrze rozrzedzone wyblakłym księżycem.

Rozpacz nas bierze, każde z własnych przyczyn -

Jakichś gwałtownych zatrat i miłości dawnych -

Ale nie poznać naszych uczuć w niczym,

Bowiem jesteśmy tak w rozmowie sprawni.

Tak wiele mówić można na różne sposoby,

Byle słów się dorobić, więcej nic nie trzeba.

W takie można nastroje wprowadzać rozmowy,

Że łatwo zapominasz, że coś ci dolega.

Słowa stworzą ci przeszłość, przyszłość, wszystko mogą,

Stworzą cię bohaterem, gdy innych widzami,

Potrzebnymi o tyle, by było do kogo

Mówić, by miał kto zachwycać się nami.


Lepiej by było...

Lepiej by było to, gdybyśmy w gniewie

Się pożegnali, a dziś, gdy odjeżdżasz,

Ciężar wyrzutów rzucali na siebie.

Bo jeśli wyrzut, pretensja, niezgoda,

To ją zabierzesz ze sobą najdalej

I będzie, chociaż się nie zdradzi słowem.

Dziś do granicy się zbliżasz w tę nową

Podróż i myślisz, czy wszystko zabrałaś.

Tak, jesteś pewna, nie ma nic za tobą.



Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.