Mirosław Orzechowski - galeria teatralna

O szkodliwości tańca w społeczeństwie postindustrialnym. Wykład docenta Bułki wraz z najdzikszymi przykładami tanecznej ekspresji.


DOCENT: No, udało mi się z tym skończyć. Jestem, nie waham się użyć tego słowa, o-bu-rzo-ny! Myślę, że wypowiem tu opinię ogółu zebranych na tej sali, gdy stwierdzę, że jesteśmy dogłębnie poruszeni takim obrotem spraw i wyraźnym torpedowaniem naszych wysiłków nakierowanych na podnoszenie fizycznego i moralnego zdrowia społeczeństwa, szczególnie zaś zdrowia młodego, nie zdemoralizowanego jeszcze jego odłamu.

Światło z tyłu, za DOCENTEM, rozjaśnia się stopniowo, aż oświetla wyraźnie środek sceny. Mogą nawet w tym momencie przebiec jakieś baletnice lekkim kroczkiem. Zauważa to DOCENT, to znaczy światło zauważa, a nie baletnice i ogląda się nagle, ale światło w tym momencie ściemnia się.

Jakiś młody człowiek, dziecię niewinne, można powiedzieć, ale jakie dziecię jest niewinne, stroi miny naśmiewając się z mówiącego.

Nie wiem dokładnie, kto za tym stoi, ale zgodzą się państwo ze mną, że tym wszystkim rządzi układ, z którym my się jeszcze rozprawimy. Odpowiedzialni pracownicy placówki, w której się znajdujemy, powinni ponieść surowe konsekwencje takiego stanu rzeczy. Bo pomyślcie sobie tylko państwo, czy młodzież wychowana w duchu tych barbarzyńskich rytmów będzie mogła w przyszłości funkcjonować w normalnej, zdrowej rodzinie?

Na chwilę włącza się głośna muzyka, ale po pięciu sekundach znowu przerywa. Jakby ktoś szukał usterki. Już, już znalazł przyczynę, ale znowu coś się dzieje i dalej trzeba kombinować.

Na czym to ja skończyłem? Ach, tak. Albo na ten przykład, czy ktoś z tu obecnych wyobraża sobie mężczyznę, który będzie potrafił naprawić kran w łazience wymachując rękami w ten sposób, jak to się czyni na tej scenie? Albo kobietę, która w tym tempie przebierając nogami ugotuje dwudaniowy obiad z deserem? Nie mówię już o - nie bójmy się tych słów - przyroście naturalnym. Czy podczas takiego śpiewu może nam cokolwiek przyrosnąć? No zgroza. Wszystkie wspomniane aspekty...

Znowu światło na środek sceny. Wtedy DOCENT woła do okienka realizatorów.

Proszę opuścić kurtynę! To jest poważny wykład, a nie jakiś tam szoł, nie daj Boże taneczny!

Kurtyna opada trochę i zatrzymuje się. DOCENT ogląda się.

Czy ktoś tam pracuje? Mówiłem przecież, żeby opuścić kurtynę!

Kurtyna wolno opuszcza się, ale nie płynnie, skokami, aż do takiej wysokości, żeby DOCENT mógł za nią szarpać.

Tfu, jakie to wszystko zakurzone. Jest tam ktoś? Trzeba coś z tym zrobić!

Gaśnie światło.

Nie, nie!

Co by oznaczało, że go spotkała jakaś przykrość.

Światło się znowu zapala.

INSPICJENTKA przebiegając przez scenę: No, panie Józku, dlaczego ta kurtyna jest opuszczona. Jak oni będą mają tańczyć przy opuszczonej kurtynie.

PAN OD KURTYNY: Ja myślałem, że ma być opuszczona. A oni w ogóle mają tańczyć, czy nie tańczyć, bo ja się już całkiem zgubiłem? Tu jeden powiedział, że nie mają tańczyć. I takie rzeczy mówił, że by mi się walkie-talkie rozpuścił w ręce.

INSPICJENTKA: Co za baran mógł to powiedzieć? Co to jest prosektorium czy teatr?

PAN OD KURTYNY: Trzeba było od razu mówić, że mają tańczyć. No to podnoszę i niech tańczą.


OJCIEC: Widzę, synu, że się we mnie wrodziłeś. Ja też zawsze lubiłem artystki, taniec i śpiew. Ale w moich czasach się tańczyło krwiożercze tango. Ram-pam-pam-pam. Mówię ci, jak się przegięło w pół niewieścią kibić, to nic tylko jęki rozkoszy było słychać.

DOCENT: Nie chcę słuchać tych bezeceństw.

OJCIEC: Tanecznym krokiem się pędziło od sali do sali. Kobieta oddawała ci w tańcu ust swych korale i buchała wrzątkiem jak jaki gejzer. To były czasy. Chociaż trzeba przyznać, że tutejsze artystki też się nieźle kręcą.

DOCENT: Ależ ojcze, życie mi zmarnowałeś swoim zamiłowaniem do frywolnych rozrywek. Ileż ja się potem musiałem na leżankach wyleżeć, żeby mi psychoanalitycy wyprostowali mą psyche. A i matkę krzywdziłeś.

OJCIEC: Sama sobie winna, bo się kochała tylko w aktorach filmowych. A gdzie tam celuloidowej kliszy do żywej i fikającej materii.

DOCENT: Przestań, ojcze, bo już czuję jak mi się wali wewnętrzna struktura mej duszy. Cóż to będzie, jeśli nie dokończę mego wykładu? Chyba znowu będę musiał się poddać autoanalizie, żeby zapobiec samodestrukcji i obgryzaniu palców. O, zobacz, jak mnie już przez ciebie ciągnie do obgryzania.

I od razu pokazuje, jak go ciągnie do obgryzania.

OJCIEC: Nauka cię, synu zepsuła do głębi. Za dużo wiedzy zawsze ludziom w mózgach mąci. Wiedza unieszczęśliwia, zawsze to mówiłem. Trzeba ci było, jak radziłem, do kabaretów chodzić na nie na uniwersytety. Czy w ogóle łysy i pomarszczony profesor może się równać z długonogą tancereczką?


MATKA: Skąd ty się tu wziąłeś? Obudź się synu.

On próbuje jej odpowiedzieć, ale na ustach ma maskę przeciw mówieniu. Ona mu ją z ust opuszcza.

DOCENT: Zniewolili mnie, mamo, i gwałt przezoczny mi czynią.

MATKA: Zamiast się tu wylegiwać, do pracy jakiejś byś się wziął. A tobie się tańców zachciało od rana do nocy. Jakąś polkę albo oberka to ja bym zrozumiała, ale nie te wszystkie rozpusty.

DOCENT: Mnie właśnie o to chodzi, żeby przestali tańczyć i wyśpiewywać.

MATKA: Mówię przecież, żebyś się do tańców nie zabierał, bo od nich można wyłysieć, albo ci włosy między palcami urosną. A jeszcze czasem to i pióra na zadku jak u koguta. To jak ty byś, dziecko, usnął, jak by cię takie pióra uwierały?

DOCENT: Ależ mamo, ja uważam, że w ogóle powinni zakazać śpiewów i tańców.

MATKA: Nie kłóć się, ze mną, w ogóle zamilknij, niedobry chłopaku, bo cię w komórce zamknę o chlebie i wodzie. Tam ci przejdą te wszystkie twoje fanaberie. Taki stary, a po teatrach się szlaja i gołe artystki ogląda.

DOCENT: Jakże to myślisz, mamo, że ja niby oglądam? Ja właśnie nie chcę oglądać, tylko oni gwałt mi czynią, żebym oglądał.

MATKA: No właśnie, gwałt. Ja od dawna wiedziałam, że ty wyrośniesz na gwałtownika. Po swoim ojcu to masz. A poza tym zawsze dziewuchy podglądałeś w kąpieli i tylko się z nimi w doktora chciałeś bawić.

DOCENT: Nieprawda, że tylko w doktora. Ja z nimi tylko intelektualnej wspólnoty szukałem. I nie mów o tym, proszę, tak publicznie, bo co sobie ludzie o mnie pomyślą.

MATKA: Publicznie, publicznie. Wstydu nie miałeś za grosz i zawsze się z nimi publicznie bawiłeś.

DOCENT: Ja mówię, żeby nie mówić tego tutaj.

MATKA: Tutaj też to robisz, ty świntuchu?

DOCENT: Nie robię tego tutaj.

MATKA: Widzisz, sam się przyznajesz. Ja się chyba ciebie wyrzeknę.

DOCENT: Uwolnij mnie, mamo, bo ja mam misję, którą muszę wypełnić. Moralności muszę strzec, bo jak ja tego nie zrobię, to kto to zrobi za mnie?

MATKA: A co ty jej chcesz zrobić, bezbożniku jeden? Ustatkowałbyś się wreszcie, usiadł przy żonie i spłuczkę naprawiał w łazience albo klamki. Po co ci ten teatr i gonienie za spódniczkami.

DOCENT: Rozwiąż mnie, mamo, ja cię proszę po dobroci. (Ona na niego patrzy, ale nie ma najwyraźniej zamiaru go uwolnić.) Ja się stanowczo domagam, żebyś mnie rozwiązała, bo w przeciwnym razie zobaczysz, co się stanie.

MATKA: Tak się starałam, żeby cię wychować na kulturalnego człowieka, ale robisz wszystko, żeby do tego nie doszło.


DOCENT: No, myślę, że to się wreszcie skończyło. Jesteście państwo świadkami największego skandalu, jaki się wydarzył w tej instytucji. Sam się dziwię, że jakiś grom z jasnego nieba nie trafił w dach, albo nawet w sam środek sceny.

A KOBIETA RENESANSU prężąc się niczym jakaś prężnia i okrągłości uwypuklając, jakby wywodziła swój fach z pracowni mistrza Rubensa, podchodzi do DOCENTA i mruga na niego wyzywająco, co go nieco deprymuje.

DOCENT: Czy to pani jest tutaj inspicjentką?

KOBIETA RENESANSU: Mogę być inspicjentką.

DOCENT: Jak to, mogę?

KOBIETA RENESANSU: Bo ja bardzo zdolna jestem. Można by powiedzieć, że kobieta Renesansu.

DOCENT: Rozumiem więc, że pani również ma wystąpić w tej sesji? Mógłbym wiedzieć, z jakim referatem?

KOBIETA RENESANSU: Mnie tam wszystko jedno z jakim. Ja mogę z każdym referatem, a pan?

DOCENT: Ja miałem zagaić, tylko mi przerwali ci barbarzyńcy.

KOBIETA RENESANSU: Ach, lubię barbarzyńców. To mnie podnieca... w sensie, że do pracy twórczej. Ja z natury podsumowuję i podkreślam. I wnioski wyciągam. Bo ja lubię wyciągać wnioski.

Przygląda mu się uważnie. Może nawet nim zakręcić.

DOCENT: Coś nie tak?

KOBIETA RENESANSU: Nie, nie. Może być, chociaż ja bym nad tym jeszcze popracowała.

DOCENT: A pani jest krawcem? Ortopedą? Szewcem? Bo nie wiem, na co pani patrzy.

KOBIETA RENESANSU: Ja tam mogę być wszystkim, bo już mówiłam, że jestem typem renesansowym.

DOCENT: Ale do tańca ma pani stosunek właściwy?

KOBIETA RENESANSU: Najwłaściwszy. Ja, drogi panie (tu go za krawat chwyta), tańczę za pieniądze (i zachowuje się tak, jakby nie wiadomo co jeszcze za te pieniądze robiła).

DOCENT: Jak to, za pieniądze? W rewii jakiejś? Wie pani chyba, że takie zachowanie jest godne potępienia.

KOBIETA RENESANSU: Gdzie mnie tam od razu do rewii? Mam tu na piętrze takie małe studio. Przejdź się pan ze mną, to panu pokażę takie kroki, że słabszym to potrafi nawet serce stanąć.

DOCENT: O, nie, nie! Przepraszam, ale nie! Widzę, że ten kraj może się już nie podźwignąć z upadku, że trzeba jakiegoś rządu silnej ręki i jasnego serca.

KOBIETA RENESANSU: Ja mam silną rękę, pan ma jasne serce, razem możemy nieźle porządzić. No chodź chłopaczku.

I ze sceny go wyciąga przemocą, za krawat. W końcu chciał rządów silnej ręki, to ma.


Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.