Mirosław Orzechowski - galeria teatralna

Grzegorz Ciumrakiewicz

Wybór opowiadań

(wieczór pierwszy)

Jeden grób, jedna roślina i żadnych korzyści

Nigdy nie rozumiałeś, że ja chciałam być kimś innym niż jestem. Nawet takiej myśli do siebie nie dopuszczałeś.

Zawsze byłeś z siebie zadowolony, więc jak mógłbyś zrozumieć, że kogoś jego życie nie cieszy. Kochaliśmy się, a ty to wszystko robiłeś raz-dwa, raz-dwa i po wszystkim. Wreszcie zasypiałeś, bo byłeś już zadowolony.

Nie możesz powiedzieć, że jestem znudzoną żoną, która szuka co raz to nowych wrażeń. W ogóle niepotrzebne mi żadne nowe wrażenia. Ty mi aż za dużo nowych wrażeń dostarczasz.

A teraz jeszcze będziesz ode mnie odchodził.

I po co? No powiedz tylko, po co chcesz ode mnie odejść. Jeszcze gdybyś wtedy odszedł, to bym zrozumiała. Ale nie, ty się zgodziłeś na wszystko, a teraz, kiedy nie masz potrzeby, żeby się na cokolwiek zgadzać, postanowiłeś odejść.

Wiesz to tak dobrze jak ja, że powinniśmy sobie wybaczać. Bo oboje mamy sobie wiele do wybaczenia.

Pewnie jeszcze więcej niż nam się wydaje.

Pamiętam, jaki byłeś wściekły, kiedy przyszedłeś, a on siedział na twojej sofie i zjadał twój chleb z twoją wędliną.

A najgorsze, że ja zrobiłam mu na twoim talerzu jajecznicę, do której przecież tylko ty miałeś prawo.

Bo tobie się zawsze wydawało, że ja też jestem wyłącznie twoja.

To po cholerę wracałeś wcześniej, jak wiedziałeś, że go do nas zaproszę! Wiedziałeś o wszystkim, zgadzałeś się na to, a potem szalałeś! Jeździłeś za nami samochodem, trzaskałeś drzwiami...

Wiem. Oczywiście, że wiem. Żaden z mężów by się na to nie zgodził. Tylko ty się mogłeś na to zgodzić.

Ale skoro się już zdecydowałeś, to trzeba się było czegoś trzymać, a nie miotać się po domu albo wracać wcześniej, żeby go zobaczyć a potem cierpieć.

Wiesz, wcale mi ciebie nie żal, bo sam sobie chciałeś pocierpieć, a ja tylko dawałam ci taką szansę. Więc powinieneś mi być jeszcze wdzięczny.

(...)

Krzywisz się? Masz prawo się krzywić, bo każda prawda jest wymierzona przeciw komuś. Nie ma takiej, którą by można ujawnić każdemu bez wyjątku, a my uczymy nasze dzieci, że prawda to coś dobrego.

Powiem ci, lubiłam takie życie. Było desperackie, ale ja je lubiłam.

On był jak kalejdoskop. Przekręcał się i już się zmieniał całkowicie, i już był nie do poznania. Miał w sobie tyle postaci, że zawsze mógł być kimś nowym, kimś nie do poznania.

Widzisz, my wszyscy jesteśmy w jednym kawałku, a on nigdy nie był w jednym kawałku. Nam nasz zdrowy rozsądek każe być kimś jednym i mniej więcej niezmiennym, a on nie miał zdrowego rozsądku. Dla niego zdrowy rozsądek był tylko zbiorowiskiem śmieci, które trzeba wyrzucić, bo grożą epidemią. Musiał codziennie tworzyć swój świat od nowa. Jakby tworzył kolejny obraz. Czasem był to obraz radosny a czasem ponury, czasem mu się udawał, czasem nie, ale to nie było takie ważne, bo po nieudanym przychodził zaraz inny, który mógł być znacznie lepszy.

(...)

On rzadko się odzywał, ale czasem tak się rozkręcał, że trudno go było zatrzymać. Bywało, że go nie rozumiałam, bo używał na co dzień jakichś wyszukanych metafor. Kiedy myślałam, że mówi o miłości, to okazywało się, że mi akurat opisuje jakiś obraz, który ma jeszcze tylko w głowie. Wiesz, ile jest obrazów, które znam, a które nigdy nie powstały?

A kiedy mi się zdawało, że mówi o psie czy kocie, on akurat mi wyznawał miłość, co ja dostrzegałam dopiero w domu, kiedy leżałam z tobą, a tyś mnie akurat chciał użyć. Przygarnąć do siebie, użyć i szybko zasnąć. Wiem, musiałeś rano jechać do pracy. I to jest właśnie ten rozsądek, który każe nam myśleć, że rano będziemy tymi samymi osobami, że nie możemy się zmęczyć, bo jako ci sami tylko poranni będziemy nie do życia i nie do pracy.

Zawsze chciałam być kimś innym i żyć w tym świecie, w którym on żył, ale byłam za mało zdecydowana, a wy wytłumaczyliście mi wszyscy, że jestem za bardzo nieudatna, żeby się zająć czymś więcej niż wychowywaniem dzieci. Nawet jeśli nie mówiłeś mi tego wprost, to miałeś to w oczach. A w jego oczach byłam wyjątkowa, choć zawsze istniało niebezpieczeństwo, że nazajutrz, kiedy będzie budował kolejny świat, mnie w nim w ogóle nie będzie. Więc mu musiałam ciągle o sobie przypominać. Każdego ranka od nowa. Dlatego nasze rachunki telefoniczne były takie wysokie.

Zabiegałam o jego względy, choć byłam na siebie o to zła. Tak mnie to wciągnęło, że przestałam myśleć o tobie. Kiedy zobaczyłam w sklepie sweter, to myślałam, jak on by w nim wyglądał, kiedy zobaczyłam jakieś buty, myślałam, że on nie ma odpowiednich butów na wiosnę. Wiele razy sobie to wyrzucałam. Nawet zmuszałam się, żeby szukać butów, koszul czy swetrów dla ciebie. Tylko dlatego tyle ich masz. Bo chodziłam i kupowałam je, żeby nie myśleć o tym, że on czegoś jeszcze potrzebuje. Jemu kupiłam jeden sweter, a on z niego nie wychodził. Twoje leżą na półce i czekają, a on z tego jednego nie wychodził.

Kochał mnie. Musiał mnie przecież kochać. Mówił mi to tyle razy. Też nie wprost. Z facetami jest ta trudność, że oni niczego nie potrafią powiedzieć wprost, że ich szlag trafia, jak już muszą ci coś powiedzieć. Potem zresztą ustaliliśmy, że nie mówimy tego na głos. Odtąd mu się to czasem wyrywało. Nic pewnego. Ot, tak tylko.

To powiedz mi, dlaczego to zrobił?

Nie wiem.

A dlaczego ty to zrobiłeś?

Palce Izoldy

Wreszcie zaczęło mi brakować pieniędzy na paliwo. Musiałem się zacząć ograniczać. Została was trójka. Bluźnierczo moje relacje z wami można by przyrównać do trójcy, bo przecież czym może być dawanie wszystkiego potrójnie, w trzech miejscach i trzem osobom.

Trzeba było dla każdej z was stworzyć odrębną klatkę, w których miały być zamknięte i odseparowane od siebie wszystkie elementy waszych rzeczywistości. Najważniejsze było, aby się nie mieszały, żeby wyraźnie można je było rozróżnić, żeby wiedzieć, który gdzie przynależy. Pomieszanie tych trzech zestawów bez wątpliwości doprowadziłoby do najgorszych katastrof. Sama jesteś kobietą, więc musisz wiedzieć, że wy nigdy czegoś takiego nie wybaczacie. Ścigałybyście mnie do końca swoich dni. Bo moja śmierć niczego by nie zmieniła, nie zatrzymałaby tego pochodu zniszczeń.

Drugą rzeczą było, żeby się nauczyć nie nabierać zapachu żadnej z was na dłużej niż to konieczne, żeby z każdej klatki można wychodzić nieobciążonym żadnymi tęsknotami nie do przełamania. Kobieta to dzikie zwierzę. Czasem dopuszcza w swej łaskawości do siebie, ale gdy poczuje obcy zapach, potrafi zagryźć. Zapachy kobiety natomiast są jak choroby, trzeba je leczyć i wietrzyć, dlatego początkowo połowę danego mi czasu przeznaczałem na to leczenie. Kiedy byłem u jednej z was, inne rzeczywiście nie istniały, ale kiedy wracałem do siebie, nadal istniała tylko tamta jedna. A mnie przecież o to chodziło, żeby żadna nie pozostawała.

I doszedłem do tego dość szybko.

Takie życie oprócz niewątpliwych korzyści sprawia wiele trudności natury technicznej.

Tak, korzyści... Jakich? Po pierwsze nikt nie może się stać najważniejszy, więc też nie może opanować całej twojej rzeczywistości, zawsze jeszcze możesz się gdzieś ukryć. Po drugie, to jest jak z lokatą kapitału, jeśli jedna forma lokowania padnie, jeśli stracimy to, co ulokowaliśmy w jednym miejscu, zawsze coś nam jeszcze pozostaje.

I co mi przyszło z tego, że w pewnym momencie byłem z tym moim ideałem najbogatszym człowiekiem na ziemi, kiedy w chwilę potem przyszedł krach i nic z mojej fortuny nie zostało?

A trudności? Na początku nie były wielkie. Każda z was mieszkała w innym mieście, więc wystarczyło tylko odpowiednio ustalić terminy moich wyjazdów do was, waszych przyjazdów do mnie i wszystko się jakoś trzymało kupy. Ale potem coraz częściej chciałyście przyjeżdżać na moje wernisaże. Zaprzestałem więc organizacji wystaw w obawie, żeby nie zostać paskudnie zagryzionym i żeby moje zwłoki nie zostały rozwleczone po całym kraju. Taki był koszt. Nie najwyższy, biorąc pod uwagę, że udało mi się dzięki temu całego siebie rozebrać na najdrobniejsze części i nadal nie przestać funkcjonować. Ale udało się. Dzięki pomnożeniu rzeczywistości uczucia straciły na znaczeniu i co ważniejsze na mocy, dzięki pomnożeniu prawd natomiast, można było skomponować każdą następną z łatwością ograniczoną jedynie przez sprawność używania pojęć. A tej mi nigdy nie brakowało.

Tylko wy wymyśliłyście coś więcej. Zaczęłyście rzucać dla mnie całe dotychczasowe życie - mężów, dobytek, spokój sumień. Przecież wiem dobrze, że i ty się już na to zdecydowałaś.

Jedyną rozsądną osobą pozostała ta zza rzeki. Mieszkamy najbliżej, a kontaktujemy się najrzadziej. Nie ma takiej potrzeby, bo i tak wiadomo, że ona tam jest. Może dzięki temu do dziś pozostaje radosna i pełna dziewczęcego wdzięku, gdy wy dusicie się od złości na siebie, na mnie i na wszystkich dookoła.

Na tę małą zza rzeki znalazłem zupełnie inny sposób. Jej mówiłem o was wszystko, dzięki temu stała się wspólnikiem moich spraw, chciałoby się powiedzieć "niegodziwości", ale to by nie była prawda.

Rozmawialiśmy godzinami. Przed nią nie musiałem się kryć z waszymi zapachami. Ona potrafiła je od razu zabić swoim własnym. Ta wspólnota w prawdzie połączyła nas do tego stopnia, że w pewnym momencie od niej też musiałem uciekać, aby na powrót ktoś się nie stał ważniejszy od wszystkich innych i żeby nie był potem nie do zastąpienia.

Od ciebie też uciekałem. Ale nie w jakiejś panice. To by raczej dało się porównać do strategicznego odwrotu. W gruncie rzeczy był to układ, który dawał się zawsze ustabilizować...

Właściwie dlaczego mówię to w czasie przeszłym, przecież do tej pory nasz układ istnieje. Tylko czy ja istnieję?

Rozwiązanie było perfekcyjne i doskonale znieczulające. Tak doskonale, że w pewnym momencie przestałem czuć cokolwiek. I tak jest do dziś. Teraz mogę każdej z was powiedzieć wszystko z czystym sumieniem. Nie wiem, czy mnie zrozumiesz. Ślepy nie może widzieć kolorów, ale musi domniemywać, że są, bo ludzie mu o tym ciągle mówią. Dotyka czegoś i wydaje mu się, że to musi być czerwone. A to coś albo jest czerwone, albo nie. Ja też wam mówię, że was kocham, a to coś albo jest miłością, albo nie. Raz tylko, spotkałem ideał, powiedziałem, że kocham i... nie mogłem mieć żadnych wątpliwości. Wtedy trzeba było umrzeć.

Zawsze miałem w sobie śmierć. Nie, nie życie, ale śmierć. Dzięki niej wszystko działo się szybciej i bardziej intensywnie. Mam nadzieję, że wiesz, o co mi chodzi. Żyć trzeba tak, jak się maluje obraz. Tego się nie robi od lewego górnego rogu do prawego dolnego, bo wtedy do ostatniego pociągnięcia byłoby niekompletne. Życie i obraz muszą się dać skończyć w każdym momencie, żeby w każdym momencie były pełne, w całości, z początkiem i zakończeniem. Żeby w każdym momencie można było powiedzieć: "To może tylko szkic, ale perfekcyjny." Albo: "Piękne rozwiązania, nawet te niedomalowane elementy współgrają." Albo nawet: "Dobrze, że nie poprowadził tego dalej". W ostateczności dopiero: "Tu się już nic więcej nie da dopowiedzieć. Krok dalej zaczyna się sfera dzieł zepsutych nadmiernymi staraniami ich twórców."

Niech sczezną Homerowie

Pierwsza: Przepieprzyłyśmy okazję.

Druga: Wiem.

Pierwsza: Może to teraz nieistotne, ale mimo wszystko chciałabym znać całą prawdę, być pewna.

Druga: Nawet gdyby była inna, niż się pani spodziewa?

Pierwsza: Sama nie wiem.

Może tak, jak się stało, jest lepiej? Może gdyby żył, trzeba by go było teraz zabić.

Druga: Na szczęście zrobił to sam.

Pierwsza: Nie wiem, czy "na szczęście", ale więzienia nam zaoszczędził, to pewne.

Jeszcze wczoraj by mi do głowy nie przyszło, że dwie normalne kobiety mogłyby prowadzić taką rozmowę. Nie wiem, czego się spodziewałam, zaczepiając cię. Że sobie wspólnie popłaczemy? Że mi powiesz: "tak, byłaś dla niego najważniejsza"? Nie wiem.

Ale mów mi wreszcie "ty", nawet jeśli nie chcesz, żebyśmy używały imion, bo głupia jest taka asymetria tytułów.

Druga: Zauważyłam dawno temu, jeszcze jak się sobie zwierzałyśmy w podstawówce, że kiedy o czymś chciałam komuś powiedzieć, to już od drugiego zdania wszystko szło swoją drogą. Zaczynałam od zwykłych faktów, a reszta się już opowiadała sama. Fantastyczne historie z tego wychodziły. Powinnam je spisywać i byłabym bogata...

Pierwsza: Przepraszam, że jeszcze do niego wrócę, ale tak sobie myślę, że on był trochę podobny do Homera.

Druga: Do Homera? Dlaczego do Homera?

Pierwsza: Jeździł od miasta do miasta i opowiadał ciągle te same historie. Tylko tamten sam musiał sobie na czymś przygrywać, a on szedł na łatwiznę i słuchał radia.

Druga: Tamten był podobno ślepy.

Pierwsza: Obaj byli ślepi.

Druga: Może do Odysa, ten też trochę podróżował. No i miał swoje sztuczki.

Pierwsza: Powinnyśmy napisać o nim jakiś epos. To by mogło brzmieć tak jakoś:

I nawiedził go pewnego razu Zeus gromowładny, albo nie, jakaś młodsza bogini, Atena na przykład, bo nie wiem, czy stary facet podziałałby na niego tak jak młoda kobieta.

Druga: Ale to przecież bogini. Myślisz, że on by poleciał na świętą?

Pierwsza: Dobrze mówisz, ale te greckie boginie lubiły sobie czasem, wiesz… Nawet bywało, że niezdrowo, z bykiem, łabędziem, złotym deszczem.

Druga: No, a on chyba by polubił takie nietypowe sytuacje.

Pierwsza: No dobrze, przyszła do niego Atena, a jej sowa miała właśnie jakieś obstrukcje, więc została w domu... I nakazała mu wrócić do siebie, żeby tam zrobić jakiś porządek, bo mu pleśń zaczyna chwytać jego płótna.

Druga: Sowa?

Pierwsza: Jaka tam sowa, przecież musiała przez cały czas siedzieć na klozecie. Więc szlag trafił rozum i zostały same zmysły.

Druga: No to dobrze, poszedł do domu. I co dalej?

Pierwsza: Czoło miał wysoko podniesione, a miecz opuszczony i osłabły od przepracowania.

Druga: A stos obrazów jego zwalił mu się na głowę.

Mówi to mechanicznie, bez większego zaangażowania.

Pierwsza: Posypał. "Zwalił" do eposu nie pasuje.

Druga: Niech będzie.

Pierwsza: Zaczął z nimi walczyć i nie spoczął, aż został z nich jeden, który postanowił zostawić, bo był jeszcze mokry.

Druga: Nie dlatego. Ktoś po prostu musiał w tym przybytku robić za Penelopę.

Pierwsza: Więc zostałam Penelopą, kimś, do kogo się wraca, jak do swojej własności.

Druga: Zawsze potrafisz wszystko na swoją korzyść przekręcić?

Pierwsza: Staram się. To jest najlepszy sposób na osiągnięcie szczęścia. Ale ty naprawdę myślisz, że rola Penelopy jest do pozazdroszczenia?

Druga: Zaczynamy mówić, jakbyśmy coś wypiły z rana.

Pierwsza: Podobasz mi się.

Druga: Mam nadzieję, że nie w ten sposób, co wiesz?

Pierwsza: Nie.

Chociaż masz coś w sobie.

Myślę, że on rzeczywiście musiał cię kochać.

Druga: Zaczynam wątpić.

Pierwsza: Twierdziłaś, że z tobą nie uprawiał tych swoich gierek.

Druga: Mówiłaś przecież, że nigdy nie wiadomo, co jest grą, a co nie. Poza tym nie byłam jego kochanką.

Pierwsza: Muszę ci się z czegoś zwierzyć. Ja też w rezultacie nie byłam jego kochanką.

Druga: To nic, w jego oczach już byłaś. No i zostawił twój portret.

Pierwsza: Ty przecież też masz portret.

Druga: Ale nie taki ładny.

Pierwsza: To nie od miłości zależało, ale od tego, czy mu się coś udało czy nie.

Druga: Tak jak z seksem? Więc nie miłość tylko przypadek?

A te wiersze, które do ciebie pisał?

Pierwsza: Sama zwróciłaś uwagę na to, że mogły być dla kogokolwiek. Poza tym on nie umiał pisać wierszy.

Druga: Przecież mówiłaś, że jakość się nie liczy. Chciał na pewno dobrze. Wiesz co, weź go sobie. Należy ci się.

Pierwsza: A gdzie ja go wezmę? To już lepiej ty go sobie zachowaj. Masz blisko, będziesz mu nosiła kwiatki. Nie lubisz kwiatków?

Druga: Po co mi on? I tak się kiedyś stąd wyniosę.

Pierwsza: To wtedy niech zarasta zielskiem.

Druga: Niech zarasta.

Pierwsza: I niech go zeżrą robale.

Druga: Niech go zeżrą.

Pierwsza: Żeby jeszcze mógł zdychać w piekle przynajmniej raz w tygodniu.

Druga: Dwa razy.

Pierwsza: Nie przesadzaj. Raz wystarczy. Były w końcu i takie momenty, które warto wspominać.

Druga: Masz rację. No i malował nie najgorzej.

Pierwsza: Ale wierszy dobrych nie pisał.

Druga: Nie pisał.


Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.