Mirosław Orzechowski - galeria teatralna

Grzegorz Ciumrakiewicz

Wybór opowiadań

(wieczór pierwszy)



a w nim:

Jeden grób, jedna roślina i żadnych korzyści,
Palce Izoldy,
Niech sczezną Homerowie


adaptacja, reżyseria i pomysł scenograficzny:
Mirosław Orzechowski

właściwa atmosfera i cała reszta:
Teresa Adamkiewicz

No, poza muzyką, którą napisał:
Ryszard Brączek

występują:
Pierwsza: Zuzanna Kubocz / Joanna Orzechowska
Druga: Klaudia Grabowska / Jadwiga Sitnicka
Pierwszy: Grzegorz Klejdysz / Rafał Nowak
Mąż Pierwszej: Adrian Bednarz / Krystian Kratiuk

Spektakl zrealizowany dzięki pomocy
MDK "CENTRUM" w Chorzowie.

premiera: kwiecień 2007

Powinnam mieć w oczach zło

Chciałoby się rzec "znowu ja", albo raczej "zaś jo". Spośród ról matki, żony i kochanki, przoduje zwłaszcza w dwóch ostatnich. Ale nie jestem przodowniczką przeciętną. Żoną i kochanką po prostu. Ja naprawdę potrafię unieszczęśliwić wszystkich dookoła, a przede wszystkim samą siebie.

Marzy mi się rola lekka, przyjemna, z którą każdy chciałby się utożsamiać. Taka "Magda M." amatorskiego teatru mi się marzy... Ale przecież w życiu też nie zawsze jesteśmy tym, kim chcemy. Powiem więcej! Rzadko jesteśmy tym, kim chcemy. Zazwyczaj spełniamy czyjeś oczekiwania i tak jak moja bohaterka, choć przez chwilę, chcemy pożyć w innym świecie, być jak kalejdoskop, aby w każdym momencie móc być kimś innym, kimś nie do poznania...

W monodramie "Jeden grób, jedna roślina i żadnych korzyści" powinnam mieć w oczach zło, bo jest mi ono niejako przypisane. Mąż na wózku, a ja mu opowiadam o samobójstwie mojego kochanka artysty, który jak się okazuje nie był tylko moim kochankiem... Nieszczęśliwa, zdradzająca i zdradzona jednocześnie, dobijam prawdą jedyne, co mi pozostało - "roślinę", kogoś, kto kiedyś miał dla mnie być wolnością. Ale w moich oczach tak naprawdę jest strach, desperacja, a przede wszystkim tęsknota. Za tym, co już nie wróci i za tym wszystkim, czego nigdy nie było, a na co jest już za późno. Jest też żal, że zabrakło zdecydowania, odwagi. Żal, że nie skoczyło się z kimś do głębokiej rzeki, a przecież można było tak zwyczajnie popłynąć przez życie, z prądem. Czy to, że żyjemy jak "wypada", jak się komuś podoba, czyni nas lepszymi ludźmi?

Tu pojawiają się pytania dotyczące dopuszczalnego stopnia egoizmu. Ile jesteśmy winni sobie, a ile światu? Jak daleko możemy się posunąć w pogoni za własnym szczęściem? Kto i czy w ogóle ma prawo wyznaczać granice i stawiać przeszkody na drodze do naszego życiowego spełnienia?

Może, jak będę już duża, poznam odpowiedzi na te i wiele innych nurtujących mnie pytań. Tymczasem wymyśliłam prostszy i szybszy sposób na przyjazną egzystencję. Jak najmniej czasochłonnych analiz i duża dawka życia. Carpe diem jednym słowem!! Właściwie to dwoma słowami.

(Pierwsza)

A co on powinien mieć w oczach?

Jestem oszustem. Tak mógłbym powiedzieć najkrócej. Jednakże wcale nie jestem oszustem. To zdanie jest równie prawdziwe. Jestem do tego szlachetny i niegodziwy, szczęśliwy i nieszczęśliwy. Takim jestem, kiedy moje życie rozpatruję przy pomocy rozumu. Ale prawda trafia do mnie w jeszcze inny sposób, jako pułapka, w którą wpadam, bo moje rozumowanie nie obejmuje wszystkich konsekwencji przyjętych przeze mnie założeń.

Drugi człowiek, gdy go do siebie dopuszczę i stracę czujność, poczyni we mnie spustoszenie. Drugi człowiek jest taką samą pułapką, jak postępowanie zgodne z moim rozumem. Nie daj Boże w tę pułapkę wpaść.

Uciekając przed pułapkami przemieniam się wielokrotnie. Właściwie każdego ranka wstaję jako ktoś zupełnie inny. Podług tego nowego mnie tworzę za każdym razem nowy, inny świat, w którym też każdego dnia zjawiają się inni ludzie.

(Pierwszy)



Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.