Mirosław Orzechowski - galeria teatralna

Stefan Bułka

Polityka

w interpretacji freudowskiej

O S O B Y:

IDEOLO (zwolennik nowego porządku)
INTELEKTO (umysł ponadczasowy)
APOLONIA (kobieta praktyczna i wyzwolona, można powiedzieć "parowóz dziejów")
NADIEŻDA FUTUROWNA (kobieta łaknąca idei, współczucia i intelektu, nie doceniana; można powiedzieć, że rozdarta między STARYM (córka FUTURA WŁADIMIROWICZA) i NOWYM (wszak jest żoną IDEOLA))
CHÓR REWOLUCJONIERSÓW (uważany też przez niektórych za GRUPĘ UPIORÓW Z POPRZEDNIEJ EPOKI)



M I E J S C E  A K C J I:

Mieszkanie jakby zniszczone. Znaczy, ściany w tym stanie. Właśnie wprowadzają się do niego IDEOLO z żoną swą NADIEŻDĄ FUTUROWNĄ, córką FUTURA WŁADIMIROWICZA, z którym IDEOLO pozostawał zawsze w sprzeczności dialektycznej. W wyniku ścierania się przeciwieństw wynikło NOWE. Owoż NOWE zniosło bez miłosierdzia to, co DAWNE, w tym FUTURA. Śmierć tego ostatniego odbiła się jakąś traumą w umyśle IDEOLA, przywiodło do stałego rozmarzenia NADIEŻDĘ. Nowi mieszkańcy zdążyli tylko złożyć na środku pokoju dobytek zapakowany w kartonowe pudła. Jest tutaj również kilka sztuk starych mebli: jakiś materac, krzesła, stół oraz wieszak na ubrania. Wszystko sprawia wrażenie całkowitego nieładu. Dwoje drzwi (z prawej i z lewej strony), w głębi okno. Na razie jest otwarte. Wieje wiatr, trzaska kwaterami, skrzypią zawiasy. Ogólnie rzecz biorąc smutno i cokolwiek upiornie.



O D S Ł O N A   I:

Cisza. Nagle gdzieś zza sceny dobiega łoskot. To IDEOLO w ciemności wpada na jakieś wiadro-pułapkę.
IDEOLO: O, renegat blady, o, lokaj malinowy! Niech tego podlizucha krwiopijców zryw robotniczy ze sceny dziejowej zmiecie! Wchodzi na scenę z lewej strony trzymając się za kolano. Oj, oj, jak boli. Niech ja bym dorwał tego, kto tam to wiadro postawił. Rozgląda się wokół. Krzywi się lekko. Trochę ciemno w korytarzu, ale może być.
Za nim wchodzi NADIEŻDA FUTUROWNA, więcej niż skromnie ubrana. Płaszczyk. Berecik wydziargany na szydełku. W ręce przedwiekowa torebeczka.
NADIEŻDA: Nareszcie własny dom, własne meble, własne pokoje.
Wzdycha głęboko.
IDEOLO: Ta-a-ak. Nareszcie u siebie.
Nie ma w nim jednak tego entuzjazmu, który u niej jest widoczny.
NADIEŻDA: Ja przez cały czas miałam nadzieję, że do tego dojdzie, że tak się stanie.
Ręce załamuje z zachwytu, rzęsami trzepie etc.
IDEOLO: Nadzieja nadzieją, ale to ja na niego zarabiałem dniem i nocą pracując. Ileż godzin nadliczbowych, ileż bolesnych dni świątecznych przy maszynie.
NADIEŻDA (zdziwiona): Jakiej maszynie? O czym ty mówisz?
IDEOLO: No, przy maszynie do pisania. Przecież wiesz, jak się zapracowywałem. To wszystko z mojej krwawicy.
I pokazuje, jak mu z żył ciekła posoka.
NADIEŻDA: Przecież mi, Ideolo, nie powiesz, że ja nie pracowałam.
IDEOLO: Tak, ale twoje pieniądze szły na życie, na to obrzydliwe podtrzymywanie czynności żołądka i kiszki stolcowej, na żarcie. O, gdybyż można się bez niego obejść, bez tego zbytku, bez tego ohydnego przerabiania wewnętrznego. Pomyśl tylko, przejadłaś wszystkie swoje pieniądze. Niestety, można powiedzieć, zostały wyrzucone w błoto.
Pokazuje, jak zostały wyrzucone, a ją coś jakby za gardło ściskało, usta jej zaś wykrzywia grymas bólu.
NADIEŻDA: Więc na nic cala moja praca i wszystkie wysiłki?
IDEOLO: No, nie martw się, nie płacz, masz przecież mnie. I mamy w końcu nasze mieszkanie.
Kiedy mówi o sobie, w postawie jego czuć jakieś zadowolenie, dumę nawet. Kiedy o mieszkaniu, wszystko to znika.
NADIEŻDA: Tak, tak. I oczywiście my będziemy wiedzieli, co z nim zrobić.
IDEOLO: O tak, my będziemy wiedzieli. Kto jak kto, ale my na pewno. Na początek trzeba będzie wysprzątać.
Idzie wokół. Kopie któreś pudło, któryś mebel poklepuje.
NADIEŻDA: Szybko to wysprzątamy. Porządkowanie własnego domu ma tę przewagę nad porządkowaniem cudzego, że będzie można w nim później odpocząć. W takim czystym i nieskalanym miejscu jak własny dom.
IDEOLO: Oczyszczonym. Puk! Puk! - coś jakby dzięcioł, ale przecież skąd by tutaj dzięcioł. On ruchem ręki nakazuje jej ciszę. Nadsłuchuje. Coś tutaj stuka. Bomba zegarowa albo rytm czasów.
Tym razem jakieś ciche jęki do ich uszu dochodzą.
NADIEŻDA: Coś chyba nawet śpiewa.
IDEOLO: Co?
Krzywi się, jakby go porwało obrzydzenie.
NADIEŻDA: Słyszę jakieś śpiewy.
W tym momencie wychodzi z lewych drzwi rząd przebranych za Kozaków REWOLUCJONIERSÓW. Trzymają się za ramiona i niemal bezgłośnie poruszają podskokami. Idą, twarzami do publiczności. Bohaterowie nie będą ich w ogóle dostrzegać, no może czasem, ale tylko z przyczyn kompozycyjnych, chociaż zawsze słuchać będą tego, co tamci wyśpiewują. Być może są to ich własne myśli, ale żeby za Kozaków przebrane? To niemożliwe. Dostrzegam tu jakąś bzdurę. Więc ona o tych śpiewach, a on:
IDEOLO: Śpiewy? Śmieje się pobłażliwie. Co ci do tej twojej biednej głowy przychodzi. Że też ty jesteś aż taka głupia i naiwna.
NADIEŻDA jest zawstydzona, a tamci recytować zaczynają, a może śpiewać.
REWOLUCJONIERSI: Ach, ach, dom, szczęście ludzkości,
Rzucone zostały kości,
Straciła hrabina włości,
Radują się ludzie prości,
Rujnują podatki ichmości,
Kiermasz przeróżnych różności...
IDEOLO: Nie, nie, nie chcę tego słuchać. Ideolo z ogniem w oczach się po pokoju miota. Rewolucjoniersi uchodzą przed nim. Niechętnie, ale uchodzą. Słyszałaś? Co? No tę melorecytację. Znam skądś te głosy - tenory przemówieniowe. To musiały być upiory z poprzedniej epoki, może duchy poprzednich lokatorów. Słyszałem, że upadli na duchu, kiedy im się nie udało. Co? No, życie im się nie udało, czy coś takiego. Potem z okna skoczyli na betonowe podwórko.
Podchodzi do okna i wychyla się.
NADIEŻDA: To smutne.
Wzdycha. Jest rozmarzona. Za nim idzie. Za nim się wychyla.
IDEOLO: Tak to bywa. Popatrz, odciski stóp na betonie.
Razem się wychylają, co stanowi pewien czyn zbiorowy, jakąś jednię.
NADIEŻDA: Oj, ciężko im musiało być na sercach, skoro tak się głęboko w grunt wryli.
REWOLUCJONIERSI (zza kulis): Oj, ciężko im być musiało,
Skoro tak się głęboko w grunt wryli,
A szczęście dla wszystkich być miało,
Ale oni szczęśliwi nie byli...
NADIEŻDA: Upiory przeszłości, można powiedzieć. Tak, to muszą być one.
IDEOLO: Można powiedzieć - muszą, ale kiedy się meble do ścian przystawi, to nie dadzą rady, a na środku się je do nogi wybije. Co do duszy, można powiedzieć. Ale nie, tfu, co ja mówię, to wszystko brednia. Cóż za anachroniczna myśl w czasach obecnych, aby upiory. Nie ma przecież żadnych upiorów.
NADIEŻDA: Zauważ jednak, że mamy tutaj do czynienia z nadzwyczajnym zjawiskiem w czasach, że tak powiem, nie nadzwyczajnych.
Patrzy na niego, aprobaty łaknie.
IDEOLO: Prawda, że nie nadzwyczajnych. Jak zresztą wszystko nie nadzwyczajne.
IDEOLO rozgląda się po ścianach i krzywi się jakby kto mu octu zamiast gorzałki do kieliszka nalał.
NADIEŻDA: Nie cieszysz się, że tu jesteśmy? Pomyśl tylko, ile tułaliśmy się po cudzych kątach, żyliśmy w jednym pokoju z wygódką na podwórku, bez własnych mebli. Zazdrościliśmy twojemu bratu, że ożenił się z mieszkaniem. Ileż to razy on krzywił się, że dom nie jest najważniejszy, a ty na niego nacierałeś...
Idzie za nim. Napastuje go swoją czułością, uwielbieniem swoim. Ale on się od niej uwalnia.
IDEOLO: A teraz muszę mu przyznać rację. To nędza i bezdomność są motorami postępu. Czuję się teraz jak szybowiec. Jeżeli nie chwycę zaraz jakiegoś wiatru, to przepadnę. W naszym życiu potrzebne jest coś wielkiego, coś, co by obruszyło fundamenty, a nie jakieś tam cztery ściany.
NADIEŻDA: O, jakże ja ci zazdroszczę tej szerokiej perspektywy, tego umysłu otwartego.
Gdy ona mówi, na scenę znowu wchodzą REWOLUCJONIERSI. Jacyś cwani z sylwetki i twarzy wyrazu.
IDEOLO: A może...
NADIEŻDA: Co, co, Ideolo?
IDEOLO: Wiesz przecież. Oboje wiemy. Ja też wiem. Tylko jak to wyrazić, nie wiem.
NADIEŻDA: Przerażasz mnie, gdy na wyższy stopień abstrakcji wstępujesz. Zrozumieć cię nie jestem w mocy.
IDEOLO: Jak by to ująć? Materia i fizjologia ciągną w dół, podczas gdy święte idee w górę. Z jednej strony głód, z drugiej pragnienie poświęceń.
NADIEŻDA: Nadal nie rozumiem twej myśli.
On krzesło podnosi, siada na nim. Myśli myśleniem wzniosłym i dostojnym. O! Jakże on myśli. Wreszcie znajduje właściwą formę, aby jej przedstawić swą myśl.
IDEOLO: Wolność jest jedna, nieprawdaż?
Ona podnosi z podłogi drugie krzesło, siada na nim, zbliża swe krzesło do jego krzesła.
NADIEŻDA: Tak, Ideolo. Dawno mnie już o tym przekonałeś i nie musisz zaczynać od początku.
On oddala swe krzesło od jej krzesła.
IDEOLO: I ty chciałabyś ją osiągnąć, nieprawdaż?
Ona na powrót zbliża swe krzesło do jego krzesła.
NADIEŻDA: Jak możesz o to pytać, Ideolo.
IDEOLO: Ja także, Nadiu.
Ona głowę swą na jego pierś kładzie.
NADIEŻDA: Wiem o tym przecież.
REWOLUCJONIERSI wokół naszych bohaterów się zbierają, aby później przeciw nim mówić.
IDEOLO: Czy zatem w imię wspólnego celu mogłabyś mi jakąś... kanapkę? Tu przyspiesza. Nie wyobrażasz sobie, jak umęczon jestem dzisiejszą przeprowadzką.
REWOLUCJONIERSI: To prawda prosta nadzwyczaj
     i przepowiednia jest łatwa,
Wolność jest celem najwyższym,
     lecz w międzyczasie kanapka.
Nie masz nie masz nadziei
     na przyszłość i opór wrogom,
Jeżeli jacyś alianci
     herbatką cię nie wspomogą.
REWOLUCJONIERSI przechodzą za stos i tam czają się. Lęk w nich jakiś i niepokój przed nowym, bowiem sami starego są przedstawicielami.
NADIEŻDA: W powietrzu tutejszym wyczuwam jeszcze jakieś łkanie. Ach, czyż to nie piękna rama dla naszego tutaj przybycia?
IDEOLO: To nędza tych, których mieli zbawić ludzie poprzedniej epoki. Hejże na upiory! One wszystkie powinny zostać wypędzone. W kajdany nas zakuli.
Jak szabelką macha IDEOLO swą ręką, która wespół z głową wydaje się być bronią przeokropną. REWOLUCJONIERSI uchodzą w popłochu, ale później wyglądają jeszcze przez drzwi, aby nikt nie powiedział, że oni tak na zawsze.
NADIEŻDA rozjaśnia swoje liczko, jakby przez nie cień mądrości przebiegł (zawsze taka w niej się dokona przemiana, gdy tylko sentencje swego ojca wygłaszać będzie): Jak mawiał ojciec mój, Futuro Władimirowicz, "Aby rozkuwać, trzeba wpierw porządnie zakuć, szczególnie tych, którzy nie wierzą w istnienie kajdan." On był wielkim mędrcem.
IDEOLO: Nawet mi o nim nie przypominaj, bo od razu do głowy przychodzą mi nowe postulaty strajkowe. To właśnie przeciwko niemu spaliśmy na wełnie mineralnej.
Znowu słychać łkanie.
NADIEŻDA: Słyszysz? Znowu. To nie jest jęk uciśnionych, a szloch kochających. On ma wydźwięk romantyczny.
IDEOLO: Cha! Cha! Cha! Romantyzm! Precz z romantyzmem! Precz z duchem rozmiękłym! Praktyka! Praktyka partyzancka, leśna brać, broni braterstwo, a dopiero potem szczęśliwość.
Zastyga w bohaterskiej, pomnikowej pozie. I jako pomnik głuchy jest całkiem.
NADIEŻDA: Ideolo, trudno mi zrozumieć twoje przebiegi logiczne. Mam jednak nadzieję, że z tym lasem to była tylko metafora poetycka. Jesienie są tam wilgotne, a zimy mroźne. Szloch narasta. O, znowu, płacze.
Pomnik rozpęka się.
IDEOLO: A oprócz kanapki czysty podkoszulek. Nuż ktoś nas odwiedzić zapragnie, aby ze źródła wiedzy mojej zaczerpnąć chęci do dalszych zmagań. Do odkomunizowania komunistów lub odkupczenia kupiectwa.
NADIEŻDA: Oj, Ideolo, boję się, że podkoszulek, nawet jeśli jest on twoim podkoszulkiem, nie będzie mnie potrafił dostatecznie uwznioślić. Wiesz dobrze, że jestem kobietą intelektu łaknącą i prawdziwej idei. Czy ty byś chciał, żeby twoja żona pozostała jedną z tych płytkich idiotek, które całkowicie realizują się w kuchni i w rozmowach o kupkach?
IDEOLO: Przyznam się, że kiedy posiadłem cię po raz pierwszy, miałem nadzieję, że taką właśnie będziesz.
Znowu słychać szloch. Tym razem IDEOLO idzie szukać jego źródła. Obchodzi stos nadsłuchując. Wreszcie z jednego z pudeł, jak królika z kapelusza, wyciąga spłakanego INTELEKTA. Rzuca nim w poprzek przez scenę, a tamten dopiero na samym jej skraju się zatrzymuje.
INTELEKTO: Nie odkryłbyś mnie, gdyby nie moja skłonność do wzruszeń. Teraz będzie mówił do NADII. Jakże on cię poniża, Nadieżdo Futurowno. On w tobie nie widzi człowieka. To u niego rodzinne. On bowiem z tych pochodzi, którzy wyimaginowanego ducha zbiorowego ponad jednostkę wynoszą. On w tobie widzi tylko jakiś ruch materii ku przodowi, podczas gdy materia rusza się najczęściej na wszystkie strony. W przód, w tył, w przód, w tył, w przód, w tył i dopiero z tego może coś powstać. A materia się rusza, gdy uczucie w niej wzbierze na spółkę z intelektem...
IDEOLO: A zamilknij wreszcie niedołęgo i nieudaczniku, ciemięgo i łazęgo.
Naciera na INTELEKTA, ale NADIEŻDA go powstrzymuje.
INTELEKTO: A mówiłem, żebyś za niego nie wychodziła. To jego demagogia tak cię uwikłała, ułapiła i oplotła. Ale nie należy wierzyć w to, co on mówi. Wątpliwe są bowiem teorie utworzone dla doraźnych celów. Nie wiem, doprawdy, jak ty go możesz znieść.
IDEOLO: Nie wiem doprawdy, jak ja mogę znieść jego obecność pod moim dachem, w miejscu świętym, w moim domu. Toż to obraza wszelkich wzniosłych zasad i norm moralnych!
NADIEŻDA: Przecież mówiłeś, że dom...
IDEOLO: Nie do końca miałem rację. Ileż w tobie prymitywizmu, że potrafisz tylko dosłownie rozumieć cudze słowa. Teraz zwraca się do żony z wyrzutem. To miało być tylko nasze mieszkanie.
INTELEKTO: Powiedz mi, Nadiu, jak ty możesz żyć u boku takiej... kreatury... i mnogolicowca!
IDEOLO: No nie, ja mu muszę skuć mordę. Zawija rękawy koszuli, znów atakuje i po raz kolejny powstrzymany zostaje przez NADIEŻDĘ. Albo nie, tym razem nie dam mu w gębę, bowiem kultura przeze mnie przemawia. Poza tym jest dla mnie nikim. A w ogóle - dajcie wy mi wszyscy święty spokój. Odwija rękawy. Wychodzę, a za pięć minut ma go tu już nie być.
NADIEŻDA: Ideolo, ja z nim nic nigdy. Ja jestem szczęśliwa u twego boku. To nie ja go. On się musiał gdzieś razem z bagażami. Wiesz, jak często u nas bywał ostatnio.
IDEOLO znika ze sceny.
INTELEKTO wpatrzony w zatroskaną twarzyczkę NADIEŻDY: I ta radość życia. Jak ty to potrafisz.
Pasja! Pasja! Przede wszystkim pasję w jego oczach widać. Miłość być może także.
NADIEŻDA: Mój ojciec, Futuro Władimirowicz, mawiał, że nie ma złych potraw, są tylko takie, których nie należałoby jeść.
INTELEKTO: Rozumiem ideę, ale on przecież myślał o przemocy.
NADIEŻDA: O przemocy? Nie. Na pewno nie. To był taki łagodny człowiek. Ja cię proszę, ty idź już do siebie.
INTELEKTO: Ależ ja zawsze jestem u siebie. Dom człowieka myślącego jest dosłownie wszędzie. Ja jestem domem. Dusza moja jest taka przestronna.
I sweter szarpie, rozciąga, aby zilustrować swe twierdzenie.
NADIEŻDA: Dobrze, ty jesteś domem, ale nie stawiaj już swojego domu u mnie w domu.
INTELEKTO: O! Jakżem jest zdruzgotany twoim odtrąceniem! Idę. Zawraca jednak. Ale będęż mógł jeszcze kiedy upaść przed tobą na kolana z sercem na dłoni, aby cię móc przekonywać każdym dostępnym mi argumentem?
Na kolana pada. Rękę z nibysercem wyciąga.
NADIEŻDA: Oj, będziesz, będziesz. Tylko idź już zanim przyjdzie Ideolo.
INTELEKTO: Idę więc, ale nie po to, aby się usunąć, ale żeby ostrzyć broń przed szturmem na pozycje, które w twym sercu zajmuje ta niegodna ciebie postać.
Wychodzi. Rozpacz na jego twarzy jest odmalowana. Tym czasem z drugiej strony niczym przypływ wracają REWOLUCJONIERSI.
NADIEŻDA: Jak mi się ładnie powiedziało. Najlepiej z tym domem w domu. Gdyby to mógł usłyszeć Ideolo, ale nie, jego nigdy nie ma w odpowiednim momencie, a ja później nie pamiętam, co mi się ładnie powiedziało.
Jeden z REWOLUCJONIERSÓW podchodzi do NADIEŻDY, po główce ją głaszcze i wygłasza:
Czy pamiętasz tę noc bezsenną,
Gdyś za młodu koło wymyśliła?
Drugi się dołącza: Geniusz błysnął niczym w niebie gwiazda,
Lecz nikogo przy tym nie było.
Teraz trzeci: Czy pamiętasz smakowity chłodnik?
Lecz on stwierdził: "Dziś nie jestem głodny".
A teraz wszyscy razem: Talent hojnie natura rozsiewa,
Cóż gdy nie ma kto plonów pozbierać
REWOLUCJONIERSI siadają gdzieś z boku. Kanapki jedzą, popijają herbatą z butelek. Tymczasem zjawia się IDEOLO.
IDEOLO: Poszedł? Kurcze, co za wymoczek, stułbia i rozgwiazda. Kałamarnica, można powiedzieć, bo również literat.
NADIEŻDA: Nie mów tak. Może byś z nim kiedyś porozmawiał, rozwinął się dzięki jego wiedzy. On bardzo dużo może.
IDEOLO: Co? On nic nie może! Co on może? Poza tym, zawsze mnie nudził. Jest mało przekonywujący. A na dodatek ma, tfu, wątpliwości ma, niewieściuch jeden.
NADIEŻDA: Ale ma serce na dłoni.
IDEOLO: Serce na dłoni? A co to takiego? Tego numeru jeszcze nie widziałem. Pewnie jakaś sztuczka.
NADIEŻDA: Wcale nie żadna sztuczka. Znam go dobrze. To człowiek, który by nawet muchy nie skrzywdził.
IDEOLO: Wiem, wiem. Pozwoliłby nawet, żeby go obsrały. Ale nie z dobroci serca, tylko ze strachu.
NADIEŻDA: Ideolo nie zniżaj się do poziomu woźniców. A swoją drogą, Futuro Władimirowicz mawiał zawsze: "Nie patrz nigdy, czy nie ma nad tobą gołębia, bo ci może wtedy narobić do oka." Ach.
Kiedy ona mówi, IDEOLO siada. Rozmarza się.
IDEOLO: Kiedyś było zupełnie inaczej. Byliśmy jak bracia. Ale dzisiaj wszystko się zmieniło.
NADIEŻDA dołącza do niego i znowu jak dwa gołąbki na dwóch krzesłach wyglądają. Białe gołąbki, symboliczne gołąbki.
NADIEŻDA: Nie wiem, dlaczego się tak nie lubicie. Przecież z jednego oddziału podziemnego pochodzicie. Powinniście się wzajem wspierać. Wspólna pieśń partyzancka winna was jednoczyć.
IDEOLO: Nudzi mnie. Jest jakiś kiślowaty, galaretowaty, ciapkowaty...
NADIEŻDA: Każdy ma jakieś słabe strony. Ale ma czyste ręce i cierpiał wiele.
On się zrywa, bowiem sielankowe siedzenie bokiem w bok mierziło go zawsze.
IDEOLO: Wiem, wiem, zawsze w worku pokutnym i ze sznurem na szyi. Doprasza się przechodniów, żeby go kopnęli. Wszyscy go jednak żałują. Może gdyby mu ktoś rzeczywiście dał...
O kopniaku myśli, bo nóżka jego w kopniaczek się układa. Teraz ona się zrywa w serca porywie.
NADIEŻDA: Nie ironizuj, Ideolo. W końcu to człowiek światowy. Czasem myślę sobie, że powinieneś starać się, aby mu dorównać.
O! Jakże to dorównać? Gdzież dorównać? Skąd i dokąd dorównać?
IDEOLO: Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Co to znaczy "dorównać"? Chcesz, żebym się zniżył do jego poziomu? Nie wymagaj tego ode mnie. Na kolanach i z łzami w oczach. Mój honor by mi na to nie pozwolił.
NADIEŻDA: Jaki ty jesteś przyziemny. A on z sercem na dłoni...
Swoją drogą dobry chwyt, że jej tak te słowa w głowie utkwiły.
IDEOLO: Jeśli na lewej, świadczy to tylko o jego podłym rodowodzie. Poza tym, można powiedzieć, skomli, chociaż intelektu niby w nim tyle.
NADIEŻDA: Skomli, bo kocha. Pomyśl, ile ty byś mógł zdziałać uczuciem.
IDEOLO: Tfu! Czym?
REWOLUCJONIERSI wyskakują skądś nagle i nuże naśmiewać się ironicznym naśmiewaniem.
REWOLUCJONIERSI: Cha, cha, cha, cha, cha,
Cha, cha, cha, cha, cha...
Nie masz, nie masz litości,
Miłość, uczucie płytkie,
Przez nie giną narody,
A rewolucje spadają
Swym skrzesicielom na głowy.
Wracają na swoje miejsca w dalszym ciągu wesołości pełni.
IDEOLO: Idę teraz pracować. Wiesz, jaka ciężka jest moja praca.
NADIEŻDA: Myślałam, że może będziemy dzisiaj wili nasze gniazdko.
Tak jest zalotna, że wcześniej trudno by się było takiej zalotności spodziewać. Cóż kiedy jemu owa zalotność obcą jest.
IDEOLO: Sama sobie wij, zdenerwowany jestem tym twoim...
NADIEŻDA: Ależ uwierz mi, ja bym się z nim nigdy... To co będzie?
IDEOLO: Trzeba posprzątać. Tak, posprząta się. Co do tego nie będziemy się spierać. Jak mówiłem, idę teraz pracować. Gdyby ktoś przyszedł zaczerpnąć z krynicy mego doświadczenia, to będę w barze naprzeciw.
NADIEŻDA: Kto miałby przyjść? Już wiem! Nagle zgrozą wieje. Ideolo, ty dałeś nasz adres tej kobiecie!
IDEOLO: Żebyś wiedziała, Apolonia jest kobietą praktyki, a ja nie mogę bez praktyki. Ona potrafi wprawić w ruch to, co wydawałoby się, już ostatecznie spoczywało i skierować ku górze to, co już dawno tylko ku dołowi.
Wychodzi. NADIEŻDA zbliża się do okna. Spogląda w dół.
NADIEŻDA: Ciężko im musiało być, skoro się tak głęboko w grunt wryli. Sama bym wyskoczyła, gdyby nie ta dręcząca mnie nadzieja na pozateoretyczną szczęśliwą przyszłość. Och, Ideolo, widzisz, jak mi się dobrze powiedziało, a ty mówisz, że ja już jestem tak całkiem do niczego.

zyła, gdyby nie ta dręcząca mnie nadzieja na pozateoretyczną szczęśliwą przyszłość. Och, Ideolo, widzisz, jak mi się dobrze powiedziało, a ty mówisz, że ja już jestem tak całkiem do niczego.


Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.