Mirosław Orzechowski - Lekki Teatr Przenośny dawniej

Stefan Bułka

Polityka

w interpretacji freudowskiej



A D A P T A C J A,  R E Ż Y S E R I A  I  S C E N O G R A F I A:
Mirosław Orzechowski

A K T O R Z Y:
Nadieżda   -   Joanna Tyka
Apolonia   -   Joanna Chudecka
Ideolo   -   Karol Chudecki
Intelekto   -   Łukasz Śmiałek
Chór rewolucjoniersów:
Dawid Jania / Joanna Orzechowska / Mirosław Orzechowski
Anna Sieńko / Kinga Skupień / Krzysztof Wojas / Łukasz Wojtysko


(Fragmenty z programu do spektaklu)

Polityka w interpretacji freudowskiej i jej autor

Urodził się w wyjątkowym, 1953 roku, akurat w momencie, gdy swego żywota na niewdzięcznej ziemi dopełniał wielki "Wódz, Nauczyciel i Jedyny Przyjaciel mas pracujących, pionierek i pionierów". Na tym jednak jego wyjątkowość się skończyła. Stefan Bułka, o nim wszak mowa, nie był ani genialnym dzieckiem, ani też młodocianym przestępcą. Unikał też wszelkich skrajności, odważnych i drastycznych posunięć. Pochłaniała go już raczej szarzyzna dnia codziennego. Jako wzorowy obywatel konsekwentnie podporządkowywał się wszelkim ideologicznym absurdom. Ta sama bierność zadecydowała, że przez całe życie pozostawał pod presją patriotycznego obowiązku i kultywowanych w jego gnieździe rodzinnym pamiątek.

I pewnie żyłby tak do dziś jako człowiek bez życiorysu, piastując z namaszczeniem swą skromną posadkę, gdyby nie złośliwy los, który w 1975 roku skierował go za ocean, do kraju - jak sam go określał - imperialistycznego wroga. Fakt ten bynajmniej nie wyzwolił go z kajdan marksistowskiej ideologii, ale jego uległa w stosunku do otoczenia natura kazała mu wkrótce wziąć na swoje barki jeszcze jeden ciężar - jarzmo kapitalistycznego grzechu. Rozsmakował się więc w tak potępianej dotąd przez siebie typowej dla Zachodu rozwiązłości seksualnej, znajdując w niej niewyczerpalne źródło eudajmonistycznych doznań.

Kilka lat później los znowu bezlitośnie z niego zakpił. W 1979 roku, a więc w przeddzień znamiennych dla Polski wydarzeń, zdeprawowany moralnie Stefan Bułka został zmuszony do powrotu "na ojczyzny łono". Przerażony tym, co tu zastał, zaszył się gdzieś na uboczu, z dala od wielkich słów i spraw. Tam zaś, rozdarty wewnętrznie między imperatywnością porządku, w którym przyszło mu żyć, a swym dzikim, zmysłowym rozpasaniem, odkrył w sobie nowy, szczególny dar, iskrę Bożą. Zaczął pisać. Nie byłoby w tym zresztą nic gorszącego, gdyby nie to, że z wszystkich jego utworów lubieżnie wyłazi wyuzdanie i sromotne wszeteczeństwo. Jego dramaty dosłownie pławią się w seksualnej rozpuście, nie są też wolne od fizycznej - choć bardzo subtelnie ujawnionej - przemocy. W istocie Bułka szuka miłości fizycznej wszędzie i znajduje tak nieprawdopodobne z nią analogie, jak na przykład polityka.

Polityka i seks - przedziwna to kontaminacja pojęć całkowicie odrębnych, aczkolwiek wykazujących izomorficzne tendencje. Wybitni mężowie stanu wiedzą, jak bardzo trafia do przekonania argumentacja doprawiona odrobiną miłosnego wyuzdania, a wytrawni kochankowie zdają sobie sprawę, jak zdumiewające efekty można nieraz osiągnąć w ars amandi za sprawą zręcznej polityki względem partnera. Polityka i miłość, oczywiście cielesna i zmysłowa, mają zatem więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać, a z ich połączenia powstać może twór, który zadziwi niejednego. Myśl ta niczym idée fixe, nurtowała Stefana Bułkę przez kilka lat, aby wreszcie zaowocować w 1993 roku, gdy to powstała "Polityka w interpretacji freudowskiej".

Sztuka ta została napisana w ciekawym momencie - w chwili, gdy Polska wreszcie mogła odpocząć po serii przewrotów i okresie ścierania się zasadniczo różnych poglądów. I to sprawia być może, że autor wydaje się być zagubiony. Z jednej strony jego utwór przeładowany jest wzniosłymi ideami, z drugiej zaś znajdujemy w nim pewne tandetne aluzje i niesmaczne napomknienia.

Przedstawiając związek miłości z polityką, Bułka nie ograniczył się do wykazania, jak wiele mają one ze sobą wspólnego. Posunął się jeszcze dalej. Stworzył mianowicie sytuację, w której miłość cielesna sama w sobie jest treścią polityki, a przy tym warunkuje jej istnienie. Apolonia wszak (kobieta czynu i "parowóz dziejów") jedynie seksualności swej zawdzięcza ogromne powodzenie w sferze dialektycznej. Z góry przegrana jest natomiast Nadieżda, która czynnika tego najzwyczajniej nie posiada. Zastanawiające jest jednak, że osobą, która w efekcie odnosi zwycięstwo jest... Nadieżda, nie Apolonia...

Ale tematem tej sztuki jest nie tylko zależność między polityką a miłością. "Polityka w interpretacji freudowskiej" porusza także problem niemożliwości porozumienia się ze sobą osobników obracających się w odmiennym kręgu ideowym. I tu autor bynajmniej nie dochodzi do wniosków optymistycznych. Stwierdza raczej fakt, iż ideologiczni przeciwnicy a także ludzie o odmiennych priorytetach nigdy się nie zrozumieją. Smutna, a nawet tragiczna to konkluzja, jak zresztą smutna i tragiczna jest cała sztuka. Nie może zresztą być inaczej, "Polityka..." nie mogłaby być wesoła, czy też optymistyczna, bo chociaż stanowi ona specyficzną kompilację tragedii antycznej, dramatu romantycznego i witkiewiczowskiego Teatru Czystej Formy, to jednak elementy zapożyczone z tragedii antycznej (podniosły styl, dramatyczne wybory, rozpacz, litość i trwoga) są tutaj dominujące.

Uzbrójcie się zatem w cierpliwość, drodzy widzowie, odrzućcie uciechy dnia codziennego i przygotujcie na doznanie "katharsis" śledząc losy smętnej Nadieżdy, rozpasanej Apolonii, teoretyzującego Intelekta i pragmatycznego Ideola.



Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.