Mirosław Orzechowski - Lekki Teatr Przenośny dawniej

Sławomir Mrożek

Serenada


Łucja Firganek

Kurza melodia




R E Ż Y S E R I A:
Mirosław Orzechowski

S C E N O G R A F I A:
Eugeniusz Knapczyk

M U Z Y K A:
Ryszard Brączek

W Y S T Ę P U J Ą:
Lis   -   Łukasz Śmiałek
Kogut   -   Karol Chudecki
Blond   -   Kinga Skupień
Bruna   -   Joanna Tyka
Ruda   -   Joanna Orzechowska
Łucja Firganek   -   Antonina Aondo / Joanna Chudecka
Frustrata   -   Andrzej Radwański
Marian (Och! Marian)   -   Mariusz Szostak
Reżyser   -   Wacław Ganew /Mirosław Orzechowski

premiera - luty 2002


Kurnik w Puszce      czyli      Erupcja na grzędzie

Byłam kiedyś w teatrze na sztuce tzw. "ambitnej". Co to było? Prawdę mówiąc do dziś nie wiem, choć wrażenie było duże. Twórcy napisali w programie, że sztuka korzeniami sięga źródeł kultury europejskiej, lecz odsłania prawdę o człowieku jak najbardziej współczesnym. Rozważa, jak zapewniano, tragizm jednostki uwikłanej w meandry współczesnej cywilizacji, dociera do esencji człowieczeństwa, wreszcie formułuje bardzo jednoznaczną odpowiedź na pytanie o istotę i celowość bytu.

"Brawo! - pomyślałam. - Nareszcie sztuka o prawdziwie głębokim przesłaniu. No i przynajmniej dowiem się tego, nad czym bezskutecznie głowiło się już tylu brodaczy." Usiadłam podekscytowana na widowni. Myśl, że oto uczestniczyć będę w misterium dostępnym tylko dla elity przyjemnie łechtała mą duszę snobki. Oczyma wyobraźni widziałam już niewyraźne miny znajomych, kiedy od niechcenia, z prawie niewyczuwalną nutką wyższości opowiadać im będę, w jakich to wysublimowanych rozrywkach gustuję.

Jakież było moje rozczarowanie, gdy po trzech godzinach spektaklu odkryłam, gdzie tkwi owa esencja człowieczeństwa. Ja w każdym razie odczuwałam ją w mało zaszczytnym miejscu - mniej więcej tam, gdzie zwykle kończy się kość ogonowa... I to z każdą minutą coraz wyraźniej. Poznanie tajemnicy bytu natomiast okazało się nie na moją głowę: przez cały czas miałam potworne uczucie jej odśrodkowego rozsadzania. Właściwie mógł to też być efekt przedłużonego działania owej kakofonii dźwięków, którą w programie określono zaszczytnym mianem muzyki "psychodeliczno-spirytualistycznej". Na dodatek rozbolały mnie zęby, bo uchwycenie sensu tego, co prezentowano na scenie było doprawdy twardym orzechem do zgryzienia. Zmęczona, obolała i ani o cal nie mądrzejsza postanowiłam, że odtąd nie będę już chodzić do teatru na sztuki z przerostem ambicji intelektualnych. W końcu dlaczego mam się umartwiać na czymś, za co płacę?

To doświadczenie nauczyło mnie, by być litościwym również dla widzów naszego teatru. Do nieformalnie obowiązującej już w Puszce zasady "A": Awangarda-Ambicje-Artyzm dodaliśmy niedawno zasadę "B", która w skróconej formie brzmi: BezBolesność. Ustalając repertuar zreformowanego teatru szukaliśmy sztuk, w których dałoby się zrealizować powstały w ten sposób program "AB". Tak trafiliśmy na Serenadę Sławomira Mrożka.

Jest to sztuka, której zarzucić można by wiele: że mało odkrywcza, że temat nie dość ambitny, poziom jakby nie ten... Jedno, co nie budzi wątpliwości, to mistrzostwo Mrożkowego słowa. Błyskotliwe dialogi lisa z mieszkańcami kurnika aż iskrzą - tak są wypolerowane, a wobec farsowego humoru nie na długo zda się mina pokerzysty. Przesłanie jednak... hm... moja studnia na podwórku jest chyba trochę głębsza... Czy to źle? Ależ skąd! Widać tylko, że czasem nawet Mrożek, ów - jak go określano - "tragarz idei", pozwala swym barkom na chwilę odpoczynku. To zresztą jego święte prawo, bo przecież gdzieś już napisano, że siódmego dnia... Ech, to tylko taka dygresja, wróćmy lepiej do sztuki. Treść Serenady zatem nie jest może najdoskonalsza, ale daje wiele możliwości. To trochę tak, jakby Mrożek, rysując zwierzęce postacie swej sztuki i umiejscawiając je w konkretnych sytuacjach, posługiwał się pastelami, jakby bał się użyć barw głębokich i nadać całości zdecydowany odcień. A to jest właśnie to, co my - Erupcja Blaszanej Puszki - zrobiliśmy w naszej interpretacji tej sztuki. Podbarwiliśmy Mrożkowego lisa (mieni się on teraz niczym trójbarwna - co najmniej - tęcza), zaś na koguta i jego trzy kokoszki chlapnęliśmy trochę czerwieni. (Kolor to papryki, nie pomidora...) W konsekwencji zmieniła się wymowa całej sztuki, i to, powiedziałabym, w sposób zasadniczy. Nie jest to już tylko historia przebiegłego lisa, który zakrada się do kurnika w ściśle określonym, łupieżczym celu. Gna go tutaj żądza, jednak nie mięsa i krwi, a artyzmu. Bo nasz lis jest przede wszystkim artystą. Gra na wiolonczeli dla mieszkańców kurnika, a grę swą dostosowuje do charakteru słuchacza. Inaczej brzmi serenada dla głupiej Blond, a inaczej dla przemądrzałej Bruny. Muzyka to dlań specyficzny środek wyrazu, którym wabi, uwodzi, zniewala. Uwodzi jednak bynajmniej nie po to, by zjeść. To raczej sztuka dla sztuki - uwodzenie dla uwodzenia samego. A jeśli przy tym uda się schrupać jakieś tłuściutkie udk...o?… No cóż, nikt nie jest doskonały...

Sam Sławomir Mrożek nie jest z tego pewnie zadowolony, ale faktem jest, że jego utwory weszły już do klasyki dramatu polskiego. Jak ktoś nie wierzy, odsyłam do podręcznika języka polskiego IV kl. liceum (s. 127-130). Ponieważ swoistą tradycją naszego teatru jest łamać konwenanse (a już na pewno zasadę decorum), wszelką klasykę zderzać z tym, co na wskroś nowatorskie, nie mogliśmy zostawić w spokoju klasycznego Mrożka. Jego Serenadę uzupełniliśmy obrazoburczym utworem niejakiej Łucji Firganek.

Jest to przedstawicielka średniego pokolenia. Dostatecznie młoda, aby pisząc nie przejmować się kanonami dramatu, ale też dostatecznie stara (no, może dojrzała), aby być rozczarowaną. Nie jest dramaturgiem. Co więcej, ona sama twierdzi o sobie, że nie jest pisarzem, a podstawową dziedziną jej wypowiedzi jest sztuka kulinarna. Skąd więc wzięła się sztuka, którą odegra przed Państwem Erupcja Blaszanej Puszki? Najpierw jednak należałoby zadać sobie pytanie czy w ogóle mamy tutaj do czynienia z utworem dramatycznym. Ja sama nazwałabym Kurzą melodię rakiem toczącym zdrowe ciało dramatu. Za krótka, aby mogła być przedstawiona osobno, zestawiona z inną sztuką, wypija z niej ciepłą krew. Tym razem żeruje na Serenadzie Sławomira Mrożka, ale żadna sztuka nie jest bezpieczna, bowiem żaden twórca nie wymyślił jeszcze szczepionki przeciwko Kurzej melodii.

Co w tym utworze jest szczególnego? Mamy tu do czynienia z jakąś wypowiedzią eseistyczną, w której trudno doszukać się spójnej treści, tak jak nie ma spójnej akcji ani nawet spójnych wypowiedzi. Wszystko, o czym się mówi, to fakt, że nie ma o czym mówić. Może tutaj wystąpić dowolna liczba aktorów, którzy mogą wypowiadać dowolne słowa, co jednak nie zmieni wspomnianego przesłania. Jednakże poza tą powierzchowną warstwą spotykamy w tym utworze wiele naprawdę ważnych myśli, niekiedy przewrotnych, jak choćby ta, że pozycje twórcy i jego dzieła nie różnią się tak bardzo, że tworzą siebie nawzajem.

Właściwie nic więcej powiedzieć nie można, aby Państwu nie zepsuć zabawy. Pozostaje nam tylko zaprosić do obejrzenia spektaklu.

Tak sobie myślę, że chyba nie do końca byliśmy konsekwentni wprowadzając zasadę "B" (BezBolesności). Nie wzięliśmy pod uwagę nieuniknionego w naszym teatrze bólu mięśni brzucha! Chociaż właściwie śmiech to niezły masaż, prawda?

Eufemia Rajfura



Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.