Mirosław Orzechowski - galeria teatralna

Grzegorz Ciumrakiewicz

Szczęście

ku pokrzepieniu tym, którym się wydaje,
że go jeszcze nie posiedli


O S O B Y  D R A M A T U :
Żona
Mąż
Sąsiadka
Sąsiad
Grupa zaniepokojonych



Kuchnia. Pomieszczenie urządzone jest raczej bez przepychu. Lata sześćdziesiąte. Siermiężne lata sześćdziesiąte. Meble były wtedy ciężkie i mocno się trzymały podłogi. Nie to, co dzisiaj. Ekstrawagancje stalowych rurek, ceramicznych płytek grzewczych.
Stół na środku, obok, z lewej strony, u krótszego boku krzesło. Z tej też strony na stole stoi szklanka z nasypanymi do wnętrza wiórkami herbaty. Obok szklanki jakieś papiery i gazeta. Z tyłu okno otwarte. Obok stary kredens z kilkoma szufladami, w których (jak to w szufladach kuchennych) wszystko można znaleźć. Jeszcze jakiś mały stolik z boku, jakieś dwa odstawione krzesła. Dwoje drzwi. Z lewej wyjście do dalszych pokoi, z prawej wyjście do przedpokoju i dalej na klatkę schodową. Nie trudno się domyślić, że jest to mieszkanie w bloku. Przy drzwiach wyjściowych wieszak stojący, na nim płaszcz męski. Na podłodze kobiece pantofle.
I kuchnia, to znaczy gazowa kuchnia. Koniecznie musi być. Czajnik na niej. W nim woda dochodzi do temperatury wrzenia. Tłucze się pokrywka. Wtedy wchodzi Mąż. Bierze czajnik, podchodzi do stołu, leje wodę z wysoka do szklanki. Na moment przerywa.
Mąż: Eudajmonia lirycznego poznania.
Waży te słowa. Zastanawia się. Powraca do czynności nalewania. Odwraca się. Odstawia czajnik. W drodze jednak zatrzymuje się i ponownie wypowiada owe tajemnicze słowa. Tym razem głośniej i jakby z większym przekonaniem. Można nawet rzec, iż w natchnieniu.
Mąż: Eudajmonia lirycznego poznania.
Wychodzi drzwiami ku dalszej części mieszkania. Kiedy go już nie widać, wchodzi Żona z miednicą pełną wysuszonego prania. Porządną, emaliowaną miednicą w szarobłękitnym kolorze. Trochę poobijaną, co jej tylko uroku przydaje. Ustawia ją na jednym z krzeseł, ach, bo musi być jeszcze kilka innych krzeseł. Odsuwa teraz jego papiery i rozkłada na stole jakiś stary koc. Wychodzi ponownie. Wtedy wchodzi Mąż i sadowi się za stołem a przed szklanką parującego płynu. Wstaje jeszcze, podchodzi do kredensu, przynosi cukier, słodzi dwie łyżeczki, miesza, dzwoniąc przy tym trochę łyżeczką. Próbuje. Chyba za mało słodka, bo dosładza.
Wchodzi Żona z żelazkiem. Podłącza je. Kiedy się trochę nagrzeje, zacznie prasować. Na razie czeka. Patrzy na niego.
Mężczyzna podnosi szklankę delikatnie, żeby się nie oparzyć. Ale ona zbyt gorąca jest, więc ją odstawia i dmucha do środka, rozwiewając unoszącą się parę.
Żona: Odpływ pod wanną jest zatkany. Miałeś go przetkać. Wczoraj jeszcze coś spływało, ale dzisiaj zupełnie nic.
Mąż: Eudajmonia...
Żona: Co?
Dziwi się Żona. Mąż nie odpowiada.
Żona: Zrobisz to?
Żona pyta. Mąż wzdycha. Głęboko wzdycha.
Żona: Ale dzisiaj. Przetkasz to jeszcze dzisiaj? Bo jutro chcę zrobić następne pranie.
Ona nalega, on pozostaje głuchy na jej wezwania. Przy czym ona milczenie rozumie jako znak zgody. (Milczący zgodnymi są.
Żona: Na pewno?
Mężczyzna podejmuje kolejną próbę uniesienia szklanki ponad stół. Udaje się. Pod światło na nią patrzy. Próbuje. Siorbie. Odstawia szklankę, bo zaczyna już parzyć. Krzywi się jednak, z czego wnieść można, że łyk ów nie przyniósł mu pełnej satysfakcji.
Żona: Pewnie znowu przesłodziłeś herbatę. Ty się chyba nigdy niczego nie nauczysz.
Wyrywa mu z ręki szklankę i odstawia na kredens. Mąż w dalszym ciągu patrzy na miejsce, w którym jeszcze przed momentem stał parujący napój. Jakiś bezwolny się wydaje, całkowicie bezwolny. Gdy ona ożywioną jest.
Żona: Musisz iść i złożyć podanie do administracji, żeby naprawili ten kaloryfer, bo jak będzie tak kapało na parkiet, to on się już zupełnie zniszczy. Najlepiej idź w tym tygodniu, bo jak przyjdą chłody, to oni będą mieli dużo roboty. Pamiętasz, jak było w zeszłym roku? Poszedłeś w listopadzie, a oni powiedzieli, że mogą przyjść dopiero na wiosnę. Ale ty im nie poszedłeś przypomnieć, bo kto by ci kazał.
Przerywa na chwilę dla nabrania powietrza w płuca.
Żona: Znajdziesz trochę czasu, żeby to zrobić?
Mąż skrobie łyżeczką blat stołu. Tą łyżeczką, o której ona zapomniała, kiedy zabierała mu szklankę. Ona jego skrobanie rozumie jako kolejny znak zgody.
Żona: I nie będziesz odkładał tego z dnia na dzień? Popatrz mi w oczy i powiedz, że nie będziesz odkładał.
Podnosi jego brodę, żeby wzrok jego na wysokości jej wzroku, ale oczy jego niczym na sprężynkach wypadają nagle z oczodołów i bujają się na wszystkie strony. O! Co za śmieszny wzrok! A na dodatek on się bawi tamtą łyżeczką. Ona przez chwilę czuje gorycz porażki, cichnie, nieruchomieje. Puszcza jego brodę. Ale tylko na moment nieruchomieje. Po chwili widać już, że z jakiejś lepkiej materii nowe pytanie ugniata.
Żona: Dlaczego nie poszedłeś dzisiaj do pracy? Miałeś przecież dzisiaj pójść. Zupełnie ci na pieniądzach nie zależy. Ty myślisz, że one same do ciebie przyjdą.
Jaka ona właściwie jest? Zazwyczaj mówi jak sierżant do podwładnych, chociaż czasem również uderza w ton liryczny. Delikatna i czuła jest wtedy. Zaciąga się głębiej dymem z papierosa i marzy. W innych momentach pali nerwowo, często odkładając lub gasząc nie dopalonego. Przede wszystkim jednak zrzędzi. Czasem też pali, prasuje i mówi jednocześnie. Ot, taka domowa ekwilibrystyka. A on? Żeby nie było niedomówień, to nie jest jeden z tych, którzy czytają gazetę i nie interesują się gderaniem żony. Do niego, niestety, wszystkie jej słowa docierają, ale tak, jak pocisk myśliwego dociera do rannego zwierza, aby go dobić, albo jak psy, które skaczą na lisa, aby go zagryźć. Kiedy napastnik jest tuż, tuż, wtedy Mąż stosuje taktykę jeża, a kiedy już i to jest niemożliwe, naciąga głęboko na uszy czapkę niewidkę. "Gdzie jesteś?" - nawołuje ona, a on śmieje się w duchu.
Żona: Wiesz, ja to się czasem dziwię, jak mężczyźni mogą być tak nieodpowiedzialni... bo wszyscy mężczyźni są tak samo nieodpowiedzialni. No sam powiedz. Słyszysz, o co cię pytałam? Oczywiście, że najlepiej jest w ogóle nie odpowiadać. A wiesz, dlaczego nie odpowiadasz? Bo nie masz żadnych argumentów. Albo może ty się znowu do mnie przestałeś odzywać? Co? Pewnie, że tak. Po twojej minie widzę, że się do mnie przestałeś odzywać. Ale nie licz na to, że ja też przestanę. Bo tobie się wydaje, że jak zamkniesz oczy, to od razu zniknę i ja, i to dziesięć lat, które mi zmarnowałeś. Na to nie licz... Ja mam tu swoje prawa. Jak mi się zachce, to będę nawet śpiewała i nic mi nie zrobisz.
Od razu też realizuje swą groźbę.
Żona: Seeeeerce to najpiękniejsze słowo świaaaaata,
Seeeeerce to w życiu najcudniejszy skaaaaarb...
O! Jakże ona śpiewa! Donośnie, namolnie i wyzywająco. Wspomniane serce jest jakoby sztandarem trójkolorowym, pod którym Wolność wiodła ludzi na barykady, surmą bojową, skrzydłami husarii. Pod wpływem jej pieśni krowy mogłyby zmienić barwę mleka, a kury daleko w pole wynieść hołubione w swych łonach jajka.
Żona: Seeeeerce - miłości pieśń, co w słońce wzlaaaaata,
To żar i ooooogień, co niebo z ziemią (coś tam) i zwarł.
Pewnie, że mam prawo odreagować. Masz rację, krzyw się. Pokaż jaki jesteś niezadowolony.
A on rzeczywiście twarz wykrzywia w grymasie: tylko nie śpiew, tylko nie śpiew.
Mógłbyś wreszcie skończyć z tymi twoimi nastrojami. Kiedy ty wydoroślejesz. Jak byłeś młodszy, to rozumiem, artysta, miałeś prawo trochę pogrymasić, ale teraz, kiedy się wreszcie zabrałeś do jakiejś roboty, mógłbyś wreszcie skończyć z tymi fochami. Czy ty się w pracy też do nikogo nie odzywasz? Nie. Pewnie, że nie. Tam gadasz jak najęty, sypiesz komplementami. Bawidamek przeklęty. Jak tylko zobaczy kobietę, to się ślini.
A czy ja nie jestem kobietą? Czy mnie byś czasem nie mógł powiedzieć coś miłego?
Wiem, wiem, co powiesz. Żona to dla ciebie nie tylko nie kobieta, ale w ogóle nie człowiek. Ale muszę ci powiedzieć, że ty też już dawno przestałeś być mężczyzną. Nie przekręcaj moich słów! Wiesz dobrze, o co mi chodzi. Te rzeczy ci jeszcze działają. Ale nasze współżycie przypomina symultaniczny samogwałt.
Tak, tak, to z twojego opowiadania. Czytałam je, oczywiście, że je czytałam. Myślisz, że jak skryjesz między papierami, to nikt nie znajdzie?
Pewnie. Miej pretensje. Ale ktoś ci w tych papierach musi robić porządek i wyrzucać, co już niepotrzebne.
I właściwie za co ty się do mnie nie odzywasz? Jaki ty możesz mieć powód, żeby się do mnie nie odzywać?
Już mi nie powiesz, że ci tutaj kiedykolwiek było źle. Zawsze miałeś czyste koszule, majtki i skarpety. Wszystko odprasowane, świeże i pachnące. Zawsze przed tobą stała pełna miska. Chyba mi nie powiesz, że ci czegokolwiek żałowałam. O, nie! Tego mi nie zarzucisz. Od samego początku robiłam dla ciebie wszystko, co mogłam.
Tu powinna zapalić papierosa. Na chwilę odłożyć prasowanie i nawet zaciągnąć się dymem. Albo nie, niech siądzie. Najpierw obrażona, ale po chwili dotrze do niej fala wspomnień.
Żona: Pamiętasz, kiedy cię poznałam? Powiedziałam sobie: "To jest człowiek, dla którego się mogę poświęcić." Wszyscy mi mówili, że jestem głupia, bo jak ktoś ma za sobą dwa rozwody, to musi w tym coś być. Albo pije, albo się łajdaczy. A ja nic. Ja cię tak kochałam, że świata poza tobą nie widziałam.
Kończy się czułością, przytuleniem, wzburzeniem krwi w piersiowych okrągłościach. Ale on się temu nastrojowi nie poddaje.
Żona: I oto, co mnie spotkało po latach wyrzeczeń: mąż, który się do mnie słowem nie odezwie.
Jakby przyznawała się do życiowej porażki, ale za moment przechodzi do ironii, potem wręcz głos podnosi.
Żona: I za co ty się właściwie na mnie obraziłeś, bo ja zupełnie nie wiem. Myślę, że i ty nie masz pojęcia. Zawsze tylko czekasz, żeby ciebie przepraszać. Nigdy nie masz racji, ale to ja ciebie muszę przepraszać. Ale teraz sobie powiedziałam - "Dość tego. Nie przeproszę go. Może się do mnie nie odzywać do końca życia, a ja i tak go nie przeproszę, bo bym nawet nie wiedziała, za co go mam przepraszać."
Obchodzi stół, siada na nim. Częściowo również na jego papierach. On jej nie może słuchać, bo myśli tylko o tym, jak swojej rzeczy spod niej wyciągnąć.
Żona: Ty wyznajesz taką zasadę, że nie ważne, o co chodzi i kto ma rację. Najważniejsze jest to, kto się pierwszy obrazi, bo jak ty się obrazisz, to od razu ja muszę się czuć winna. A ja cię pytam, dlaczego mam się czuć winna!? Co takiego zrobiłam, żebym musiała się czuć winna!?
W swojej perfidii doszedłeś nawet do tego, że sprzątasz i zmywasz naczynia. Ale nie z dobrej woli, oczywiście, że nie z dobrej woli, tylko po to, żeby wszyscy powiedzieli: "Jaki to dobry człowiek. Jeżeli się do niej nie odzywa, to na pewno ma do tego jakiś ważny powód." Ale tego, że ty mnie zabijasz, to już nikt nie dostrzega. Nikt nie widzi, jak ci z oczu patrzy. W łyżce wody mnie kiedyś utopisz, a wszyscy będą ci współczuć, że jesteś biedny wdowiec.
Mąż próbuje rozłożyć gazetę. Nie czyta, ale zasłania się nią. Ona tymczasem popada w kolejną zadumę, kolejny raz w przeszłość wybiega.
Żona: Byliśmy takim dobrym małżeństwem dopóki się starałeś. Niczego nam nie brakowało.
Zrywa się nagle.
I nie czytaj, kiedy do ciebie mówię! Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?
Wyrywa mu z rąk gazetę i drze ją, ale nie na najdrobniejsze kawałki. On rozgląda się przez moment, jakby chciał ocenić rozmiar zniszczeń. Zbiera wszystkie kawałki, rozkłada je przed sobą, dopasowuje. Wydaje się wciągać go to dopasowywanie.
Żona: Przeszkadzam ci, prawda? Pewnie, że ci przeszkadzam. Ty byś się cieszył, jak bym sobie coś zrobiła. Mógłbyś sobie życie odmienić. Ale wiedz, że nie ma takiej kobiety, która by tobie nie przeszkadzała. Ludzie ci w ogóle przeszkadzają, jeżeli ci do czegoś nie są potrzebni. A ja ci już do niczego nie jestem potrzebna. Jesteś płytki, jak wszyscy mężczyźni. Najpierw się zachwycasz i oczy ci chcą na wierzch wyjść, a jak ci to przejdzie, to już nic w kobiecie nie dostrzegasz.
Teraz do ucha mu syknie głosem jadu pełnym, że od razu by nam się mógł przypomnieć pewien motyw biblijny. Niby jabłuszko, ale popatrzcie, jaki ogon długi się za nią ciągnie.
Żona: Bo ty taki inteligentny jesteś, że wszyscy inni to przy tobie idioci.
I odchodzi, jak partyzanci się kiedyś wycofywali po wysadzeniu pociągu.
Żona: Tylko to, co nowe cię bierze. Jak z kimś żyjesz, to cię zupełnie przestaje interesować.
Siedzą oboje milcząc, jakby to się miało już skończyć. Ale to nie kończy się tak łatwo. Wreszcie w niej wzbiera uczucie. To się zdarza. To jest spowodowane jakimś przyciąganiem księżyca, albo czym. Tak jak przypływy i odpływy, a tutaj dostrzegamy właśnie kolejny odpływ. Kobieta siada, więdnie, słabnie, duma, rozmarza się.
Żona: Pamiętasz, jak my cieszyliśmy się sobą kiedyś. Byliśmy sobie prawie obcy, ale sto razy bardziej się cieszyliśmy niż teraz. Może potrzebna jest odrobina obcości. Jak już wszystko wiesz, nie ma czego przed sobą odkrywać. A jak ja się wstydziłam przed tobą rozebrać. Uszy miałam od razu czerwone, kiedy na mnie patrzyłeś, bo się bałam, że ci się mogę nie spodobać. A dzisiaj wiem, że ci się nie podobam i wcale mnie ta pewność nie uspokaja.
Tyka jakiś zegar, czas mierzy. Fala czułości podpływa pod jej stopy. Ona patrzy na tę falę, nogę wyciąga, żeby zamoczyć palce. Teraz podchodzi do niego.
Żona: Wtedy się kochaliśmy. Przynajmniej mnie się tak wydawało. Ty nie miałeś ani grosza, ja nie miałam za grosz rozsądku. Naprawdę wielka miłość tylko w takich warunkach może się narodzić.
Próbuje go przytulić, ale on zajęty jest odtwarzaniem porządku pierwszej strony podartej gazety. Odsuwa jej rękę, jako że zasłania mu jego układankę. Kobieta wzdycha. Westchnienie w pustce zawsze nieźle wychodzi.
Żona: Zaparzyć ci drugą herbatę? Wypijesz sobie gorzką, bo wiesz, że cukier ci szkodzi.
Nic.
Żona: No dobrze, skoro tak mówisz, to dam ci tamtą. Pij i truj się, skoro ci to odpowiada.
Stawia przed mężem na powrót szklankę z herbatą, ale on nie jest już nią zainteresowany. Odstawia ją dalej od siebie i w dalszym ciągu zajmuje się swoją układanką.
Żona: Nie odpowiada ci, bo to ja podałam ci szklankę.
A swoją drogą na rękę mu poszła drąc tę gazetę. Pretekst mu podsunęła, zajęcie mu dała bardziej pasjonujące od czytania o postępach społeczeństwa w budowie ustroju socjalistycznego, od zapoznawania się z apokryficznymi dziejami świętych Sekretarzy.
Żona: Mimo wszystko, chyba nikt nam nie może powiedzieć, że nie jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Ty nic nie mów. Oczywiście, że jesteśmy szczęśliwi. A jak ty sobie w ogóle wyobrażałeś szczęśliwe małżeństwo. Co ty myślisz, że trzeba sobie od razu przez cały czas w oczy patrzeć, albo gzić się dzień i noc?
Oczywiście, że jesteśmy szczęśliwi!
Podkreśla ów wniosek jako konkluzję ostateczną i nieodwołalną.
Żona: To normalne, że raz ja się uniosę, innym razem ty głos podniesiesz. Ty nic nie mów! Oczywiście, że podnosisz i krzyczysz! Ale nie myśl sobie, że tylko ty potrafisz się kłócić! Gdybym chciała, mogłabym się z tobą cały dzień kłócić, ale ja puszczam w niepamięć wszystkie krzywdy. Wybaczam ci. W przeciwieństwie do ciebie potrafię czasem pójść na kompromis. Potrafię cię wysłuchać. Myślę, że czasem trzeba się spierać. Życie jest wtedy o wiele ciekawsze.
Ona jest wzruszona, on natomiast wzrusza tylko ramionami. Dostrzega to ona i wybucha gwałtownie:
Co, nie możesz się ze mną spierać, bo jestem dla ciebie za głupia!? Wiem, wiem, któryś z tych starych ci powiedział, że jak się jest artystą, to żona przeszkadza. Ale sam, oczywiście, miał żonę.
Pewnie tak nią pomiatał, jak ty mną, a ona go bezgranicznie kochała.
Popatrz, jaka miłość jest niesprawiedliwa. Im bardziej ty kogoś kochasz, tym szybciej on się tobą nudzi. Zawsze tak jest, że jedno cierpi, a drugie się nudzi. Żeby przynajmniej oboje cierpieli. Nie byłoby lepiej, ale przynajmniej sprawiedliwiej. Ale nie, sprawiedliwie jest dopiero wtedy, kiedy oboje się nudzą, ale wtedy nikt już nikogo nie kocha.
Ona jeszcze długo będzie się zastanawiała nad niesymetrycznością miłości, a on w tym czasie będzie się bawił łyżeczką. Starał się będzie wydłubać nią dziurę w blacie stołu.


Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.