Mirosław Orzechowski - galeria teatralna

Grzegorz Ciumrakiewicz

Szczęście

ku pokrzepieniu tym, którym się wydaje,
że go jeszcze nie posiedli




R E Ż Y S E R I A:
Mirosław Orzechowski

S C E N O G R A F I A:
Mirosław Orzechowski
Zofia Turecka
Joanna Tyka

O P R A C O W A N I E   M U Z Y C Z N E:
Ryszard Brączek

O B S A D A:
Ona   -   Anna Wilińska / Zuzanna Kubocz / Tola Siwiec / Anna Sieńko
On   -   Rafał Nowak / Mirosław Orzechowski / Łukasz Śmiałek / Krzysztof Zuga
Sąsiadka   -   Magdalena Trybuś / Elżbieta Pańczyk / Zuzanna Kubocz / Tola Siwiec / Joanna Tyka / Natalia Wasik
Sąsiad   -   Karol Chudecki / Tadeusz Michalak / Mirosław Orzechowski / Filip Pawlak / Szymon Szymański

Grzegorza Ciumrakiewicza Szczęście

Gzić się cały dzień i noc? Patrzeć sobie ciągle w oczy? Próbować okazywać uczucia pomimo odrzucenia? Przełamywać się, by walczyć o swoje szczęście? Jak wiele jesteśmy gotowi poświęcić i jakie bariery potrafimy w sobie przełamać? Przypuszczałam, że odpowiedzi na te pytania da mi sztuka "Szczęście" choćby ze względu na sam tytuł. Tak naprawdę jednak zrodziła ona we mnie jeszcze więcej pytań...

Ona - żona, On - mąż, dwoje ludzi - dwa różne światy. Dwie rzeczywistości przedzielone jakby żelazkiem stojącym na środku stołu. To ono jest widzialnym symbolem niewidzialnej linii, która jest coraz grubsza, coraz trudniejsza do przejścia...Są też sąsiedzi, wspomina się również o kochankach. Pozornie nie odgrywają znaczącej roli, są jednak podpalaczami ładunków dynamitu, które wcześniej czy później i tak musiałyby wybuchnąć... jeden po drugim.

Kto podkłada te ładunki? Oboje! Mąż, poeta piszący wiersze o wielkiej miłości, o której marzy jego liryczna dusza, a której chyba nigdy nie zaznał. Bez użycia słów okazuje wszystkie uczucia, od miłości, choć już wypalonej, po nienawiść i irytację. Ta właśnie cisza sprawia, że atmosfera jest jeszcze bardziej napięta, dodaje grozy wybuchom jego małżonki... która, co jak co, ale wybuchać to ona potrafi, a jej osobowość jest materiałem godnym badań najznamienitszych psychologów. Kocha go bardzo, rozpaczliwie go kocha. Tak go kocha, że czasem aż nienawidzi. Pytałam doświadczonych - podobno to całkiem naturalne. Potrafi być dla niego czuła, choć widać, że wiele ją to kosztuje. Próbuje różnych metod, byleby zwrócić na siebie uwagę: drze jego gazetę, śpiewa o sercu i miłości, próbuje poruszyć temat dziecka i jego niezwykłej mocy pojednania. Niby nie jest aż taka naiwna, niby spodziewa się szyderczego uśmiechu męża, ale w głębi wierzy w jakiś przełom, w "happy end", może nawet taki w amerykańskim stylu. Bo gdyby nie wierzyła, czy w dalszym ciągu próbowałaby go sobie zjednać?

Kobieta ta, choć momentami nie potrafi ukryć swej desperacji, jest niezwykle odważna. Prowadzi ciągłą wojnę o szczęście, ale bitwy toczy na wielu frontach. Walczy ze sobą, przez co czasem jej zachowania są żałosne, a czasem komiczne. Walczy z mężem i o męża. Mąż też walczy. Ale ze sobą przegrywa... Nie wytrzymuje, w przeciwieństwie do niej, nie próbuje nawet zdobyć się na odrobinę czułości.

Zarówno rola żony, jak i męża nie jest w "Szczęściu" łatwa, bo sztuka życia nie jest prosta. Tak jak w życiu i tu aktorzy mogą się wykazać. Oni mają chyba jednak trochę "z górki". Zazwyczaj małżeństwa nie mają próby generalnej, nie znają ról, które grają, często nie radzą sobie z tempem akcji. Zaczynam się zastanawiać, jak to się dzieje, że pomimo braku prób, biorą się udane życiowe premiery, skąd biorą się szczęśliwi ludzie, szczęśliwe małżeństwa i rodziny?

Myślę, że każdy z nas kładąc się spać jest trochę przerażony, że nie mógł przećwiczyć nadchodzącego piątku i dlatego za wszelką cenę próbuje złapać się jakiejś dobrej myśli. Stawia sobie konkretne cele i buduje precyzyjne plany, wierząc, że to wszystko da mu szczęście. Przypomina sobie uśmiechniętych sąsiadów. Nie zna ich historii, ani problemów, ale chce wierzyć, że oni są szczęśliwi, bo wtedy wie, że i jego szczęście jest na wyciągniecie ręki. Nikt z nas nie chce pamiętać tego, co nam nie wyszło, dlatego zamykając oczy wierzymy, że to, co złe, przysypie śnieg, a rano obudzimy się szczęśliwsi...

Zuzanna Kubocz

Rozumiem tę kobietę

Wiedziona głosem serca pada w objęcia nieprzeciętnego człowieka - Artysty. Absolutnie przekonana, że los lepiej jej już nie mógł obdarować, wychodzi za faceta, który w jej oczach zasługuje na miano ideału. Stwarzając mu dom, prawdopodobnie to ona dała mu również podstawy finansowe. Dbała o to, aby stać się jego całym światem, ale... Minęło dziesięć lat, a ona nadal zabiega o jego uznanie i "dobre słowo". Teraz, znużona czekaniem, doprowadzona do rozpaczy, rozpoczyna bój o miłość. Wybiera dzień, w którym, zapewne jako znak jakiś tajemny i wskazówka, zatyka się odpływ pod wanną. Rozpoczyna wędrówkę od zatkanego odpływu poprzez kapiący kaloryfer, niechodzenie do pracy, malowanie okien u jej matki po niespodziewaną prośbę o dziecko. Wpada w przeróżne tony. Zawzięcie usiłuje wyłuskać swego małżonka ze skorupy, w której zamknął siebie i swoje myśli. A kiedy my, widzowie, nie mamy już żadnych złudzeń, ona twierdzi, że razem tworzą "szczęśliwe małżeństwo". Czym więc jest to jej "szczęśliwe małżeństwo", kiedy trzeba się chwytać wszystkich możliwych sposobów, by swojego męża zmusić do miłości? Jej szczęście jest jakimś efemerycznym tworem, jej własnym produktem. Czy taka jest w ogóle natura szczęścia?


Rozumiem tego mężczyznę

Są takie momenty w życiu, kiedy nic już się powiedzieć nie chce. Pozbawiając się jednak mowy, musimy zerwać z innymi. Co się jednak dzieje, gdy inni nie chcą zerwać z nami, kiedy nie są na tyle samodzielni, żeby swój świat stworzyli i utrzymywali samo-

dzielnie? Przed takimi niesamodzielnymi ludźmi trzeba stawiać najwyższe barykady.

Kiedy mężczyzna podejmuje się jakiegoś dzieła, zastanawia się, jak tego dokonać, kiedy czyni to kobieta, myśli o tym, do kogo zwrócić się o pomoc, kogo do swojego projektu włączyć. Ta jej chęć organizacji życia całemu otoczeniu może czasem przerazić.

Ludzie przerażeni są ciszą, przerażeni są byciem z sobą samym. Coś się musi wiecznie dziać wokół, żeby mogli być pewni, że w ogóle istnieją. A przecież najpewniejsi swojego istnienia jesteśmy dopiero wtedy, kiedy słyszymy coś ze swojego wnętrza. Pustka może sprawić, że spostrzeżemy bogactwo, w którego posiadaniu jesteśmy. Może wtedy nawet jego nadmiar uleje się z nas jak z przepełnionego naczynia, aby go można utrwalić w dziełach.

Dlatego powinniśmy uciekać od hałasu, od dziania się, od nieistotnych słów. Pozbyć się nawet wszystkiego i zaszyć się gdzieś, gdzie nie byłoby już słów nieistotnych.


Poza tym już niczego nie rozumiem...

Mirosław Orzechowski
Tola Siwiec

marzec 2001:


maj 2012:


maj 2015:



Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.