Mirosław Orzechowski - galeria teatralna

Mirosław Orzechowski

Tragedia prześlicznej Ulijanki
i dojrzałego Edmunda


Akt 1, Scena 2
(Gospodyni, Pulcheria, Ulijanka, Ulijanow, Ulka, Zybelda)

(Na scenę wbiega cała grupa. Krwiożerczo wściekła. Na czele z Gospodynią, jak się powiedziało, zaopatrzoną w laskę (kolokwialnie - lagę) oraz kamień, ten nie za duży, żeby się nie przedźwigała.)

Gospodyni

Gdzież jest ten padalec!

To bydlę niedomyte, ta fałszem podszyta

(Żeby go pokręciło) morda oraz kita!

Te spróchniałe zębiska, ślepia zaropiałe,

Przez mole zżarte futro i wytarte całe!

Zybelda

Tak! Przeciw barbarzyńcy gdaczmy zgodnym chórem!

Toż on już pod kurnikiem panoszy się samym.

A niech tam po koguta biegnie z młodych który,

Bo radzić trzeba będzie, jako czynić mamy.

Gospodyni, najstarszaś, więc rozsądź tę sprawę.

Dwa koguty zeżarte, ich krew wsiąkła w trawę

Przed momentem, a zbrodniarz z okrwawionym pyskiem

Szczeka ci w twarz pogardę, jako i nam wszystkiem.

Pulcheria

Szczeka czyli nie szczeka, w twarz czy też gdzie indziej,

Tego nie wiesz dokładnie, to rozważyć przyjdzie

W odpowiedniejszej chwili, gdy spadną emocje,

Nie do tego wzburzenie, nie do tego noc jest.

Gospodyni

Śmierć mu zadać bezzwłocznie! Kto jego samego

Spotka, zabić go może bez negatywnego

Skutku ze strony prawa. Hej! Kruki! Gawrony!

I wszystek inny naród w dzioby uzbrojony!

Wyfruńcie w świata strony i niech to się ziści,

Byście rychle zdołali do kości oczyścić

Okrutnika.

Zybelda

Tak mówi sędzia sprawiedliwy.

Więc aby dorwać drania ruszajcie, kto żywy.

Pulcheria

No, nie wiem, może nie jest to dobra idea.

Czy cywilizowanych jakichś środków nie ma,

Żeby ukarać sprawcę?

Ulka

Ach, czemuś pobladła,

Tak jakbyś nieświeżego tykała się jadła?

Nie. Już wiem. To uczucie dziewicze na twarzy

Się objawia, gdy ona o małżeństwie marzy.

A możeś tyś kochała którego z pożartych,

Który przez lisią zbrodnię został z piór obdarty?

Już widzę, że to prawda. O! Cóż za przekleństwo!

Jakże tego pogańca musisz nienawidzić,

Który ci oporządził kochanka tak szpetnie,

Że dziś miast skonsumować wasze małżeństwo

Sam został skonsumowan. Nie masz się co wstydzić

Łez, które po policzkach płyną strumieniami

Przede mną, która z jajka dniami i nocami

Wysiadywała ciebie i na świat wydała.

Ile gwałtem mnie kogut, pan mój sponiewierał,

Abym mogła pięknością twą cieszyć się teraz.

Więc po tym wszystkim nie broń być twą powierniczką.

Chodźmy na naszą grzędę, opowiesz mi wszystko.

Ulijanow

Co to? Jak to? Gwałt jakiś czuje tu przez skórę.

Czyżby ktoś śmiał zasadzić się na lśniącopióre

Moje i krzepkie w udach, a w tyłach szerokie.

Pulcheria

Przespałeś całe zajście, więc daj sobie spokój.

Zybelda

Lis. Lis ci się tu zakradł i narobił gwałtu

Gdyś owinięty w pióra bez pamięci spał tu.

Ulijanow

Skąd te twoje pretensje. Wiesz, ja czasem marzę,

Że każdy robi tylko to, co doń należy:

Ja w kurniku zapładniam, a pilnują straże.

Bo czyż nie jest najpiękniej, kiedy każdy czyni,

Co najlepiej potrafi, gdy pies zęby szczerzy,

Ja miłością zajęty, ciastem gospodyni.

Nie po to mi się pióra w ogonie stawiły,

Abym na zbędne czyny marnował swe siły.

Ale, ale, panienki, czas usiąść na grzędzie,

Bo jutro rano z jajek znowu nic nie będzie.

Zybelda

Jajka rzecz ważna, ale weź w uwagę i to,

By ci kur nie wyrżnięto i jaj nie wypito.

Ulijanow

Drogie moje, jakże to? Powstrzymajcie dzioby,

Bo jak się pogniewamy, to ziarna nie będzie!

Wysiadywać nie w smak wam, a w gadaniu pierwsze.

Zybelda

Ty ziarnem nas tu nie strasz, bo przed trybunałem

Gospodyni się stawisz, by zdać z tego sprawę.

Ulijanow

Co to za sekutnica, już nie wiem, co wolę:

Z tobą być tu w kurniku, czy skończyć w rosole!

(Tak kłócąc się uchodzą. Zostaje tylko zadumana Pulcheria.)

Pulcheria

A ja wam wszystkim powiem, nie rozumiem tego.

Takie spory nie wiodą chyba do niczego.

Mówić w gębę rzecz miła, ale nieskuteczna,

Robić swoje to pewna droga i bezpieczna.

(I ziewając oddala się niespiesznie.)

Akt 1, Scena 5
(Pulcheria, Zybelda, Głos Ulijanowa)

Zybelda

Wierz mi, że spać nie mogę po tej awanturze.

Pulcheria

A ja chętnie się prześpię. Nie wytrzymam dłużej.

Zybelda

Widziałaś Ulijankę, jak pobladła nagle?

Ja w jej cnotę nie wierzę, ona jest półdiablę.

Pulcheria

E, dlaczego tak sądzisz, to miłe stworzenie.

Zybelda

W takim razie co robią te wieczorne cienie

I pióra potargane, rozrzucone wszędy

Nad ranem nie gdzie indziej, lecz wokół jej grzędy.

Pulcheria

Nie mogę nic powiedzieć.

Zybelda

A pamiętasz matkę?

Ile to się kogutów rzuciło na drogę

Przez nią, a samochody równo na sałatkę

Zsiekały młode ciała, biorąc życie młode.

Pulcheria

Nie ma na to dowodu.

Zybelda

Jakiego dowodu

Chciałabyś? Nie pamiętasz, jak ona za młodu

Podkręcała ogona. Nie powiesz mi tego.

Ulijanow jest ślepy. Ty myślisz, że jego

Będą te wszystkie jajka, które ona znosi?

Pulcheria

Nie masz dowodów żadnych, by to wszystko głosić.

Zybelda

No dobrze, nic nie mówię, lecz wiele dowodzi,

Że takie zachowanie na córki przechodzi.

Pulcheria

To tylko przypuszczenia.

Zybelda

Tak, lecz ja to widzę.

Co widzę i wiem dobrze, powiedzieć nie wstydzę,

Gdy inne siedzą cicho. A czy nie mówiłam

O tym bezecnym lisie, gdy go zobaczyłam,

Że to lubieżnik, który moralności nie ma?

Jak często jego rower stał tu pod kurnikiem?

Ile razy się skradał ze sterczącym kitem.

To zboczeniec, co nawet w niemiłym gatunku

Swoim wyrzutkiem tylko, co skłonność do trunków

I do krzyżówek mając międzygatunkowych

Hańbi imię rodziny, hańbiąc kur domowych

Słodkie, niewinne kwiecie. On tuziny hańbi,

Czując się na podwórku zupełnie bezkarny.

Pulcheria

Zdaje się, że przesadzasz.

Zybelda

Ja przesadzam? Miła!

Gdybyś widziała tylko, co ja zobaczyłam!

On w innych kalesonach wychodził niż wchodził.

I co one w nim widzą? Gdyby jeszcze młodzik,

Ale on do nich wszystkich dwa razy jest wiekiem.

Głos Ulijanowa

Kto to tam hałasuje. Jutro jajce macie

Znosić, więc czas już na was, a wy wciąż gadacie.

Pulcheria

Dobrze, dobrze, idziemy. Czas zmrużyć powiekę.

Zybelda

Poczekaj moja duszko, jeszcze ci coś rzekę...

(Wchodzą do kurnika dalej dyskutując, no, może nie dyskutując, bo wszystko się kończy monologiem Zybeldy. To ona gestykuluje i miny stroi.)

Akt 2, Scena 1
(Edynburg, Edyta)

(Rodzinna nora Edmunda, a w niej rodzice jego najdrożsi, towarzystwo wielce dystyngowane i kulturalne, nie żeby inteligencja w pierwszym pokoleniu, ale elita od niepamiętnych czasów, nie brudząca sobie rąk pracą nadmierną. Jeżeli pracują, to raczej z zamiłowania niż z konieczności. Rozmawiają w tempie umiarkowanym, jeżeli w ogóle nie w wolnym. W ręce Edyty filiżanka z kawą albo kieliszek ze wzburzonym szampanem. Ach. Jeszcze jedno, kanapa i dwa fotele by się tutaj przydało, bo w końcu rzecz się dzieje w salonie.)

Edyta

Idź, zrób coś, Edynburgu, bo ci dziecko ginie,

Dzisiaj kura, a jutro będą żaby, świnie.

Przecież nie możesz chyba patrzeć znad gazety,

Jak on w moralnym bagnie się nurza niestety.

Wiem, czas jest dekadencki i takież tendencje

Wokół, jednakże chodzi tu o dziecka szczęście!

Biegnij i porozmawiaj chociaż, znajdź lekarzy,

Abyś mógł się przypatrzeć później swojej twarzy

W lustrze bez obrzydzenia, że przez zaniedbanie

Nie zapobiegłeś temu, co się może stanie.

Edynburg

(Z wyrzutem do swojej żony powiada.)

Ależ dobra Edyto, kobiety w tym mają

Przede wszystkim zasługi, że nas wysyłają

Na wojny, do urzędów, kłócić się z sąsiadem,

Same tylko w chusteczki uzbrojone blade,

Aby na pożegnanie pomachać kochankom,

Powzdychać i popłakać, i wystarcza wam to.

A jeśli się nie bijesz, to ci głowę suszą,

Same, by coś dokonać, jednak się nie ruszą.

Edyta

(On wraca do gazety, albo jakichś głębokich przemyśleń, gdy ona nalega, aby on przerwał swój jakże głęboki proces myślowy i aby posłuchał, co ma mu do powiedzenia.)

Ależ kochanie, bądźże zaangażowany

Bardziej w sprawy rodziny, bowiem problem mamy.

Myślę, żeś nie zapomniał jeszcze o tym chyba,

Że Edmund jest twym synem. Czemu nie odzywasz

Się, gdy do ciebie mówię. To twój zwykły sposób:

Milczeć, nie odpowiadać i wzdychać do losu,

Który ma cię wyręczyć w tym, co sam masz zrobić,

Gdy ty masz swoją twórczość albo jakieś hobby.

Edynburg

(Budzi się jakby z głębokiego uśpienia, które nie jest jednak takim zwykłym uśpieniem, ale raczej teoretycznym letargiem.)

Powiedziałaś, że z kurą?

Edyta

Tak.

Edynburg

To niemożliwe

Przecie. Toż by to było przekleństwo prawdziwe,

Aby lis z kurą mariaż.

Edyta

Właśnie mówię o tym.

Edynburg

Trzeba by coś z tym zrobić. Toż ziemi obroty

Jak gdyby zaburzone, toż tajfun zabawką.

Idź! Szukaj rozwiązania! Jak najszybciej spraw to,

By Edmund na rodziny prędko wrócił łono. (Wygląda to tak, jakby Edynburg chciał wypchnąć Edytę z ciepłej nory na poniewierkę czynu i działania, które na celu by miało świat ocalić przed zgubą. Ale ona, nawykła do tych jego metod, unik czyni i razi męża zarzutem.)

Edyta

Ściśle mówiąc on nie jest już lisiątkiem małym.

Perswazje starej matki nic by już nie dały.

Tu mężczyzny potrzeba!

Edynburg

Co mówisz, Edyto?

Nie jest lisem, więc czym jest.

Edyta

Rozpustnik, ot wszystko!

Edynburg

Chyba się nie zadaje w jakimś tam sposobie

Z drobiem?

(Edyta przez moment się zastanawia, czy aby nie dotknęła Edynburga jakaś dolegliwość szpetna w rodzaju demencji i widzi, że to być może. Macha więc tylko ręką.)

Edyta

Lepiej gazetę weź, poczytaj sobie.

Mnie się przyjdzie tym zająć.

Edynburg

Chociaż... drób jest smaczny.

Pamiętaj, dziś obiadek od rosołku zacznę.

A może od klopsika... lub dwa dewolaje,

Albo wątróbkę, gdzież jej dewolaj dostaje.

A z zup bulionik z kuprów. Szalenie też lubię

Wgryźć się w szyjkę, dziś szyjkę z mięsiwa oskubię.

(Teraz ona brutalnie sprowadza męża na ziemię. Nawet pewną satysfakcję z tego powodu odczuwa.)

Edyta

Dzisiaj, jak wiesz to dobrze, służba ma wychodne.

Zamiast czekać na innych, upoluj coś sobie.

Przedtem weź pióro w łapę, musimy napisać

Natychmiast list i wysłać po Sensualisa.

(Gdy ona mu już zagospodaruje najbliższy czas, on odczuje potrzebę, by zniknąć z zasięgu wzroku swej żony.)

Edynburg

Idę, bo mnie nachodzi właśnie twórcza wena.

Muszę zrobić notatki, bo zapomnę temat.

(A wydawało się, że była już tak bliska celu.)

Edyta

Edynburg, serce wielkie, uczucie na milę,

Ale na każdym jardzie zawsze znajdziesz tyle

Przechodniów, linoskoczków, fakirów hinduskich,

Że nie wykroisz sobie choćby skrawka pustki,

Luki, przerwy, przestrzeni. Taki los kobiety.

Geniusz jest niedostępny i mętny niestety.


Ta strona korzysta z plików cookie. Więcej informacji, na ten temat, znajdziesz tutaj.
Jeśli chcesz zrezygnować z korzyści, które dają pliki cookie, możesz to zrobić, zmieniając ustawienia swojej przeglądarki. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.